Wspomnienia osób związanych z „Ekonomikiem”

1946-2021

Image

Wspomnienia Pani Leonii Strzelczyk, założycielki i pierwszej dyrektorki szkoły

Słupsk - moje drugie miejsce urodzenia. Po okropnościach Warszawy, ubóstwie życia na wsi, okazał się nie tylko przystanią, ale i miejscem wielu radości, a przede wszystkim pracy, jaką kocham i w której czułam się najlepiej, pracy organizacyjnej i wychowawczej. Byłam urodzoną nauczycielką.

Miasteczko małe, śliczne, zielone, zniszczeń wojennych nie było widać, tylko smutne, mało ludzi, tylko gdzieniegdzie trochę Niemców. Takie poznałam w lipcu, kiedy byłam u Brata w Ustce.

Jakież było inne, kiedy w styczniu 1946 roku podczas zawiei i mrozu przyjechałam wagonem towarowym z Sopotu na stojąco w tłumie „szabrowników” i biednych Warszawiaków, szukających miejsca zamieszkania lub choćby trochę ubrania i sprzętów.

Z trudem dotarłam do Partii, gdzie przedstawiłam swoją delegację z Kuratorium Gdańskiego z poleceniem zorganizowania szkoły handlowej. Przyjęto mnie bardzo przychylnie, obiecano pomoc, której Partia nie szczędziła mi dotąd nigdy. Następnie zgłosiłam się do Wydziału Oświaty w Zarządzie miejskim. Naczelnikiem był pan Cybulski, a dwie Panie, pani Maria Bukowska i pani Maria Zaborowska dały mi wiele wskazówek. Okazało się, że pani Bukowska jest nauczycielką geografii, a pani Zaborowska może objąć lekcje maszynopisania. Tak zaczęła się rekrutacja nauczycieli.

Kierownik gospodarczy, pan Pacocha, wskazał mi budynek, który może zająć Szkoła. Stare, ponad stuletnie gmaszysko z dużymi salami, ogrzewane piecami, a ubikacje na zewnątrz budynku. Miał to być budynek zastępczy do czasu, kiedy szpital radziecki nie opróżni gmachu przy ulicy Niedziałkowskiego. Przetrwaliśmy w nim do końca roku szkolnego, nieco przedłużonego a nawet nieco więcej.

Naturalnie budynek był straszliwie zniszczony. Stosy papierów, które skrzętnie zbieraliśmy do pisania po drugiej stronie, słomy, materaców i umywalek bez luster i blatów marmurowych. Jak z tego zrobić Szkołę? „Usiądź i płacz” – jak to się mówi.

A jednak… pomogli ludzie, dobrzy ludzie… Pan Pacocha przydzielił parę kobiet (Niemek), które za dodatkowe kartki żywnościowe chętnie pracowały. Prawdziwym skarbem stała się rodzina Państwa Chromcewiczów. On, stary leśnik spod Lwowa, podjął się pracy woźnego, ona, z powołania gospodyni, jako kierowniczka stołówki potrafiła wyczarować z marnych surowców najlepsze potrawy, no i syn Jerzy – „złota rączka” – wykonywał wszelkie prace. Ludzie pracowici, kryształowo uczciwi, byli lubianymi wychowawcami młodzieży. Drugim skarbem była pani Helena Gradenwic, była sekretarka szkoły gastronomicznej w Warszawie, którą Kuratorium skierowało do Słupska. Była ona gospodarzem finansów w Szkole, zgłaszałam do niej konieczne wydatki i podpisywałam asygnaty i rachunki. Była również bardzo uczciwa i doskonale znała przepisy finansowe. 

Zamieszkałam w pokoju gościnnym Związku Nauczycielstwa Polskiego. Gdzie i co się jadło nie pamiętam, raz tylko dostałam paczkę UNRA ze słodkim mięsem i tym podobnymi przysmakami. 

Rekrutacja młodzieży

Rozwieszone były plakaty o dniach i godzinach zapisów do Szkoły: Gimnazjum i Liceum dla młodzieży i dorosłych. Ponadto odwiedziłam Dyrektorów istniejących już w Słupsku szkół, którzy stwierdzili, że mają u siebie młodzież pragnącą uczyć się zawodu ekonomistów, pracowników handlu, biur, itp. 

Pierwszym zgłaszającym się i zapisanym był Zdzisław Celiński. Do dziś utrzymuję z nim kontakt, jest potrójnym dziadkiem, ożenił się z Halą Skrzymowską, naszą uczennicą. 

W ciągu kilku dni były zapisane trzy klasy, licealna dla dorosłych pierwsza i druga młodzieżowa. Zapisywałam osobiście, gdyż trzeba było decydować o przydziale do odpowiedniej klasy nieraz na podstawie niepełnych dokumentów, a nieraz i bez dokumentów. Takie były czasy – ludzie, którzy ledwie z życiem uszli z pożogi wojennej nie dbali o dokumenty. Zapisywałam na wyczucie, a później dalsza nauka wykazywała prawidłowość. Pamiętam, zgłosił się z matką uczeń przerośnięty według wieku i postawy. Przedstawił świadectwo z II klasy, a prosił o zapisanie do trzeciej. Zgodziłam się, chłopiec tak wziął się do pracy, że nie tylko zdał do klasy, ale otrzymał wyróżnienie. Był to Wacław Oszkodar, który później całym życiem i pracą dał dowód, że nie zawiódł mojego zaufania. Takich było wielu.

Charakterystyka młodzieży

Pochodzili przeważnie ze wschodu Polski, spragnieni szkoły polskiej, życia szkolnego, nauki, chętni do pracy zarówno szkolnej, jak i społecznej, czego dali dowód w licznych czynnych organizacjach szkolnych, uczciwi, szanowali szkołę i nauczycieli jak najwyższe dobro. Pracowali z zapałem, mimo ciężkich warunków materialnych, braku podręczników, pomocy naukowych a nawet zwykłych przyborów szkolnych. 

Ktoś może powiedzieć, ot po latach to wszystko wydaje się cudowne, idealne, ale tak nie było, świadczą o tym ich ówczesne wypowiedzi w Jednodniówce Szkolnej z 1946 roku i z 1947 roku. Pisze Danuta Arent: „Dokąd dążymy my młodzi:… wyłoni się wspólne dążenie. Teraz po tak ciężkiej wojnie i okupacji, kiedy młodzież, dzięki zmianom, które miały miejsce w naszym kraju, przedwcześnie dojrzała i wykryła błędy w postępowaniu i rządzeniu się naszego narodu, dąży do wspólnego celu, tym celem jest jutro Polski… by na ziemiach naszych zapanował ład i spokój”. Aa przy tym młodzież była wesoła, śmiała się i bawiła, kochała i gniewała, uczyła i pracowała w domu, brała udział w różnych imprezach. Szczera i otwarta, ufała nauczycielom, nie podlizywała się a była posłuszna. 

Nauczyciele

Do dziś absolwenci w spotkaniach przypominają swych nauczycieli w pierwszym rzędzie jako tych, którzy mieli największy wpływ na poziom Szkoły, nauki i wychowania. Młodzież nie tylko ich szanowała, ale i kochała. A byli to pedagodzy o rzeczywiście wysokich walorach. Skąd się tacy znaleźli? Polonistka, pani Thomasówna przyjechała razem ze mną aż z Trzemeszna, pani Toczyska pracowała w sklepie w swego syna, miała ukończone studia w Krakowie, jej synowa – pani Sylwia Toczyska ukończyła anglistykę również w Krakowie, pan Kwapisz, inspektor szkolny w Słupsku uczył matematyki i fizyki, pan Guzek – wiceprezydent Miasta – prawoznawstwa. Któregoś dnia zgłosił się pan Gończ, w dresie jeszcze wprost z obozu w Woldenbergu, gdzie ukończył Wyższe Studia Pedagogiczne, uznane przez nasze władze oświatowe jako wyższe studia. Oświadczył mi, że musi w Słupsku ożenić się, bo inaczej wyjedzie. Panien było dość i był ślub. Również koledzy z innych szkół podjęli się pracy, jak pan Jurewicz, pani Foremna, pani Wysocka i wspomniana już pani Bukowska i pani Zaborowska z Zarządu Miejskiego, pani Chrzanowska była żoną jednego z pracowników PUR-u, pan Bogdanowicz, artysta-malarz – urzędnikiem w Ustce, uczył reklamy i wiele pracy włożył, aby podnieść poziom tej dziedziny. Administracji portów podjął się uczyć marynarz – właściciel kutra rybackiego, pan Zubrzycki. Inni zjechali z całej Polski. Głównego przedmiotu – organizacji i techniki handlu i arytmetyki gospodarczej musiałam uczyć sama, nieraz po 12 godzin dziennie. Ale wszystkie przedmioty były obsadzone.

Organizacja pracy

Po zapisaniu trzech klas, udałam się do Kuratorium Okręgu Gdańskiego, gdzie otrzymałam odpowiednie kredyty i pismo zatwierdzające Szkołę i nominację – zezwolenie na prowadzenie nauki w trybie przyspieszonym, dwa lata w jednym roku dla dorosłych. Nauka była prowadzona na dwie zmiany, rano klasy młodzieżowe, po południu dla dorosłych, te ostatnie nazwane Liceum Administracyjnym.

W całej Szkole pracował Samorząd uczniowski, był on rzeczywistą pomocą dla Dyrekcji i szkołą rządzenia dla uczniów. Pracował systematycznie według statutu, podlegały mu wszystkie organizacje na terenie Szkoły, składały przed nim sprawozdania i wysłuchiwały oceny pracy. Sprawozdania te były publikowane w gazetkach klasowych a następnie w Jednodniówce Samorządu i odczytywane na zakończenie roku szkolnego oraz zebraniach Komitetu Rodzicielskiego.

Z organizacji istniało: harcerstwo, czerwony krzyż, kółko sportowe, biblioteka, czytelnia i szereg kół zainteresowań, samorząd internatu, itp., Liga Morska i Sklep Szkolny Spółdzielnia Uczniowska „Tęcza”.

Każda organizacja pracowała według planu zatwierdzonego przez Samorząd Szkolny, który koordynował pracę i kontrolował wykonanie. Każda organizacja miała swego opiekuna z ramienia Rady Pedagogicznej. Była to praca pionierska, nie znana dotychczas młodzieży, ale dająca doskonałe rezultaty, młodzież miała urozmaicenie pracy szkolnej.

Internat

Szczególną troską należało otoczyć internat. Mieścił się w małej wilii – kilkupokojowej, słonecznej, z dwiema werandami, były to pomieszczenia do nauki. Pisze jeden z uczniów: „… mieszkałem na wsi, musiałem wstawać o 5.30, po skromnym śniadaniu iść 4 kilometry na stację Czaplinek, nie zważając na deszcz i niepogodę… czekałem z dnia na dzień na uruchomienie internatu… już mieszkałem… Na pierwsze wejrzenie pomyślałem sobie „marne to będzie życie, nie było szyb w oknach, pokoje były brudne, brak łóżek, mebli i sprzętów. Kierownictwo wystarało się o meble, które sami przywieźliśmy i poznosiliśmy”.

Internat napełnił się szybko, dzielna Kierowniczka, pani Wanda Thomas wraz z kucharką organizowały w tych trudnych warunkach miłe domowe warunki, które starsi już absolwenci wspominają z rozrzewnieniem, nawiązały się przyjaźnie, niektóre nawet dozgonne, jak Eugenia Lechmirowicz z Napoleonem Zabiełłą i Hala Skrzymowska ze Zdzisławem Celińskim. Niestety po wyremontowaniu zjawiły się właścicielki – autochtonki, związane z Kościołem św. Ottona, na którego terenie dom się znajdował i budynek trzeba było oddać nawet przez Sąd. Następne obiekty były znacznie gorsze, większe i z ogrodem. 

Praca społeczna

Dziś powiedziałoby się praca dla środowiska. Z braku teatrów Szkoła musiała wypełnić tę lukę. A więc młodzież organizowała przedstawienia. Pierwszy występ to było wystawienie II części „Dziadów”. Akurat przypadł na okres jesienny, był więc aktualny. Opracowała klasa dorosłych I lic. Dekoracja i rekwizyty były znakomite, nawet prawdziwą trumnę wypożyczyli, stała przez dłuższy czas w sali gimnastycznej. Ujawniły się prawdziwe talenty.

Wystawiona była również „Antygona”, różne składanki, często przedstawiające życie szkolne, układane przez samą młodzież z koncertami.

Raz była u nas pani Wanda Wermińska, której „Karuzelę” oklaskiwali najgoręcej. Najwięcej radości sprawiały imprezy na zakończenie roku. Salę zapełniali zaproszeni z miasta goście, rodzice, no i młodzież. Na pierwszej takiej uroczystości na zakończenie zaśpiewali „Choć biedy dwie”, zarówno melodia, jak i słowa tak podobały się, że nazajutrz całe miasto śpiewało w biurach, domach, ulicach i kawiarniach.

W życiu miasta młodzież naszej Szkoły brała żywy udział, dosłownie nie było uroczystości bez ich udziału, czy to święto oświaty czy dekoracja trawników, obsadzanie kwiatami, dekoracja wystaw, nie mówiąc o świętach państwowych czy miejskich. Kółko sportowe występowało w zawodach sportowych, pani Bogdanowicz skomponowała dla nich specjalną oznakę. Czerwony Krzyż organizował dla żołnierzy przyjęcia świąteczne, teatr amatorski wyjeżdżał do Ustki, do tamtejszej jednostki.

Komitet Rodzicielski ściśle współpracował z Radą Pedagogiczną, pomagał nawet w sprawach nieraz kontrowersyjnych, np. wydany został nakaz nie wpuszczania młodzieży do budynku po drugim dzwonku. Pierwszego dnia posypały się interwencje. Jak, nie wpuszczać uczniów, stracą dzień nauki, co będą robić przez cały dzień, itd. Na najbliższym zebraniu poruszono tę sprawę. Powiedziałam im „Wiecie państwo, że młodzież ucieka ze Szkoły, ale czy kiedy słyszeliście, żeby oknami, np. w ubikacji, chciała wejść do budynku? Chyba to nie jest źle”. Nie dodałam, iż był ogłoszony konkurs na najlepszą frekwencję między klasami. Przyznali mi rację, spóźnienie zostało zwalczone, zwłaszcza, że w małym mieście odległość do szkoły można było pokonać w 10 do 15 minut.

Największą pomocą okazali się rodzice w czasie strajku szkolnego. A było tak:… Jakoś w czerwcu rozeszła się wiadomość, że w Polsce strajkuje młodzież, przerwała naukę i chodzi otumaniona. Któregoś dnia zgłosił się do mnie Samorząd i powiedział, że będą strajkować, bo wszystkie szkoły strajkują. Trudno, odpowiedziałam, nie możecie wyłamywać się, poleciłam otworzyć drzwi (zwykle były zamknięte) i wyszli z niepewnymi minami. Zostawiłam Samorząd, zaczęłam z nimi rozmawiać. Na czele samorządu stała wówczas Halina Leonarczyk, dziewczynka mądra, rozsądna, mająca autorytet, ciesząca się sympatią, wesoła, humanistka o zacięciu literackim (zawsze żałowałam, że nie poszła na polonistykę). Dowiedziałam się, że jacyś „studenci” zjawili się w Słupsku i polecili młodzieży zorganizować strajk, grożąc nawet jakimiś konsekwencjami. Przypomniałam im, że naukę rozpoczęli z opóźnieniem, bo dopiero od lutego, że  z trudem uzyskaliśmy prawo zaliczenia roku i przedłużenia go o 1 miesiąc, że trudno było opracować rozkład materiału, część należało przełożyć na dalszy rok, że nauka odbywa się prawie bez podręczników, itd. Wyszli z uchwałą, że wpłyną na kolegów. Tymczasem plotki szalały, np. „w liceum pedagogicznym milicja tak zbiła jakąś dziewczynę, że zmarła”, itp., roześmiałam się, że to przecież u Pana był ten wypadek. Ale w małym mieście szybko te plotki wyjaśniły się. Młodzież o tym wie, chce już przyjść, ale się czegoś boi. Wtedy postanowili wziąć w swoje ręce całą sprawę rodzice. Ogłosili, że od jutra są lekcje i zebrali się pod budynkiem szkoły. Nazajutrz przychodzimy, a tu w drzwiach stoi dwóch młodych w czapkach białych studenckich i laskami na krzyż zagradzają wejście. Podeszła do nich jedna z matek i puściła im taką wiązankę (z Warszawy), co oni mają do ich dzieci, jakim prawem zatrzymują, itd. – z taką groźbą, aż trudno powtórzyć, z bocznych ulic wyszli panowie i wysłańcy wzięli nogi za pas, a nawet wynieśli się ze Słupska. Było to wielkie przeżycie, wielka odpowiedzialność. 

Jeszcze jednym przykrym wspomnieniem była dla mnie kradzież maszyn do pisania, małych, typu „portable”, które szkoła otrzymała. Najsmutniejsze było przypuszczenie, że ktoś z uczniów brał w tym udział. Dochodzenia, przesłuchania młodzieży, stwarzało atmosferę przygnębienia. Po dłuższym czasie okazało się, że na naszych ziemiach grasowała szajka złodziei, a milicja miała utrudnioną pracę w związku z Wyścigiem Pokoju, którego trasa przebiegała przez Słupsk, dużą ilością obcych samochodów i ludzi. A jednak ktoś otworzył kłódki w drzwiach Sali maszyn, był wówczas kurs maszynopisania dla dorosłych z miasta, może ktoś z nich… Smutne to było.

Matura

Ukoronowaniem pracy półtorarocznej był egzamin dojrzałości w 1947 roku. Były dwie klasy maturalne, jedna o skróconym programie nauczania, a druga przyspieszonym, dla dorosłych. Egzamin wypadł bardzo dobrze. Wypowiedzi były pełne, przemyślane, wypowiedziane ładnym językiem, pozwalały stwierdzić opanowanie materiału nauczania poparte wiadomościami z praktyki. Jeden z uczniów, Jerzy Górski, po celującej odpowiedzi i podziękowaniu Komisji, wyrzekł słowa, które do dziś pamiętam: „Dopiero teraz widzę, jak mało umiem”. Przeżył Oświęcim jeden z całego baraku, dzięki temu, że starsi więźniowie dokarmiali go z własnych porcji. Zmarł biedak po operacji ślepej kiszki, gdyż matka nakarmiła go przedwcześnie.

Wielu było prymusów, o czym pisano w gazetach miejscowych.  

Po wyjeździe ze Słupska do Szczecina, dokąd zostałam przeniesiona służbowo do pracy jako wizytatorka, utrzymywałam stały kontakt ze Słupskiem. Opiekowałam się i pomagałam, niestety w jednej sprawie nic nie mogłam zrobić – odebrano piękny lokal i trzeba było wrócić do starego. A wszyscy pamiętali zdobywanie tego pięknego budynku. Mieliśmy przydzielony od początku, ale było wielu kandydatów spośród urzędów. Rodzice pilnowali. Jak tylko rano został zniesiony szlaban, dali znać, a my niewiele myśląc… po dwóch za jedną ławkę i przenosimy. Nawet szafy, stoły, biurka przeleciały jak na skrzydłach. Całe miasto miało uciechę. To wspominają absolwenci – jako naukę życia.

Wspomnienia Pani Marii Bukowskiej, jednej z pierwszych nauczycielek

W początkach sierpnia 1954 roku, a więc w równy rok od wywiezienia mnie w czasie powstania z Warszawy do Niemiec – wróciłam do kraju. Pobyłam trochę pod Krakowem u siostry, a potem przyjechałam do Gdyni, gdyż tam mieszkałam przed wojną do czasu wysiedlenia w październiku 1939 roku. Niestety, domu mojego nie było – dwie brzózki ocalały z ogrodu – to było wszystko. 

W Gdyni mieszkałam kątem w pomieszczeniu bez pieca, a zbliżała się zima. Szukałam zajęcia, nie mogłam znaleźć – chaos trwał.

W listopadzie przyjechał brat męża, który już mieszkał w Słupsku i namówił mnie, bym pojechała do Słupska, gdzie wie, że są wolne posady w Radzie Miejskiej. I stąd, w początkach grudnia 1945 roku znalazłam się w Słupsku.

Otrzymałam posadę w Wydziale Kultury i Oświaty MRN, jako referentka muzeum. Ale muzeum właściwie nie było, była kupa eksponatów, połamane gabloty – potłuczone szyby, wyszabrowane co lepsze. W skrzyniach i naczyniach ludzkie eksperymenty. Zaczęła się wędrówka po różnych zakamarkach, ruinach, podwórkach. Szukałam przy tym mieszkania, bo znowu mieszkałam kątem, ale na to właściwie nie miałam siły, włócząc się po całym mieście w poszukiwaniu eksponatów. Toteż mój szef – naczelnik Wydziału, pan Cybulski, dowiedziawszy się o wolnym mieszkaniu u Niemki w kamienicy – posłał mnie tam i tam też zostałam.

Z jedzeniem też nie było dobrze. W biurze zorganizowali drugie śniadania w postaci kawy i kromki chleba z marmoladą. Cukier do tej kawy dostawał każdy raz na miesiąc. Boże, jakże codziennie każdy czekał na to drugie śniadanie – u niejednego było ono pierwszym. Mnie nie stać było na obiad w „Gospodzie pod Ratuszem”. Był to jedyny zdaje się lokal gastronomiczny – mieścił się tam, gdzie dzisiaj jest biblioteka miejska. Na obiad więc jadłam wydawany tamże garnuszek zupy z kromką chleba za 5 zł. Większa część urzędników tam się stołowała. Na śniadanie i kolację czarna zbożowa kawa i chleb – czasem z masłem – częściej bez niczego. Nie miałam przecież pieniędzy, dostałam trochę zaliczki przy objęciu posady, ale nie wiedziałam, jak długo ten stan trwać będzie.

Ale humor nas nie opuszczał. Nawet w karnawale urządziliśmy bal. Organizatorem balu był ZNP, wodzirejem kol. Kijowski, kierownik szkoły nr 1. Bal odbył się w Sali, dziś jest tam kino „Wiedza”. Był to bal chyba pod hasłem „ubrałem się w com ta miał”. Takich strojów balowych nie widziało się już nigdy więcej. Suknie pań – od skromnych bluzek i swetrów, do wyciągniętych z lamusa czy kupionych od Niemiec tualet balowych. Buciki znowu od balowych lakierowanych czółenek, sportowych półbutów, oficerek, gumowych wysokich botków po… góralskie kapce. Panowie mieli krótsze granice – od swetrów po ciemną marynarkę, półbuty czy oficerki. W lokalu było zimno, więc wywijaliśmy z temperamentem oberki, polki, mazury – wodzirej szalał. Ja byłam w jakiejś niebieskiej wełnianej sukience otrzymanej w obozie w Niemczech i grubych sportowych półbutach, które dostałam w amerykańskim obozie. Ale było do białego rana – Anno Domini styczeń 1946 roku. 

Najróżniejsi ludzie przesuwali się przez nasze biuro. Nauczyciele i aktorzy, bibliotekarze i introligatorzy, ludzie zgłaszający różne znalezione wyszabrowane rzeczy – książki, papiery, eksponaty.

Tak też w połowie stycznia przyszła do nas pani, która zgłosiła się jako przysłana z Warszawy, aby zorganizować w Słupsku gimnazjum handlowe. Nazywała się pani Leonia Strzelczyk, pierwsza dyrektorka tegoż gimnazjum. Opatulona, w jakiejś futrzanej czapie, wysoka, tęga, zaimponowała nam obrotnością. Już przychodząc do nas miała przyznany lokal, był nim obecny gmach Technikum Ekonomicznego. Ale jakże wyglądał? Brudny, śmierdzący wilgocią, parter po prostu nie do użytku – zgniłe podłogi, zacieki i… pustka.

Żadnego urządzenia, żadnych sprzętów. Tu przydały się moje penetracje w terenie. W poszukiwaniach dobrnęłam na strych zamku. W zamku na dole był skład dekoracji i rekwizytów teatralnych. Na pierwszym piętrze znajdował się oddział muzyczny muzeum. Niestety dosłownie przewrócony do góry nogami. Wyszabrowany do cna… Porozbijane stare fortepiany, kupa skorup rozbitych urn i porcelany, a w tym wszystkim ludzki gnój. Na drugim piętrze już nie było nic. Strach było chodzić po wypaczonych podłogach – uginających się stropach.

Aa na strychu- właśnie strych był zawalony szkolnymi sprzętami. Ławki szkolne różnych wielkości, tablice, katedry, sprzęt gimnastyczny, jak konie, kozły, poręcze, itp. Nie wiem z ilu tam szkół było to wszystko zebrane i stłoczone, ale był to magazyn, z którego szczodrą czerpaliśmy ręką. Najpierw urządziliśmy to gimnazjum – wybierając co wyższe i lepsze ławki i resztę mebli. Następnie dobrały się tam szkoły podstawowe, którym też brakowało ławek i innych sprzętów. Stamtąd również zabieraliśmy przyrządy gimnastyczne, składając je chwilowo na parterze budynku.

Pani Strzelczyk szukała równocześnie sił nauczycielskich. Ja miałam uczyć geografii, pani Zaborowska pisania na maszynach. Te maszyny skupowało się na rynku od szabrowników. Do dziś dnia część z nich jeszcze jest w użytku. Znalazła się polonistka, mgr Halina Tomas, miała uczyć również francuskiego. Do towaroznawstwa i księgowości zgłosiła się pani inżynier Anna Toczyska. Organizację handlu, arytmetykę, stenografię objęła dyrektorka. Sekretariatem zajęła się pani Gradenwitz, która przed wojną była w Warszawie sekretarką szkoły. Woźnym został stary pan Chromcewicz, były leśnik. Żona jego miała prowadzić dla nas stołówkę – właśnie na parterze. Matematyki oraz innych przedmiotów uczyli dochodzący nauczyciele. I tak w miesiąc zmontowany był cały aparat.

Młodzieży zgłosiło się dużo, a bardzo pokaźnie przedstawiała się popołudniówka dla dorosłych. Byli to ci, którzy zaczęli chodzić przed wojną -  a teraz już pracowali. Ranna młodzież utworzyła 3 klasy gimnazjum, po południu była I licealna. Otwarcie szkoły nastąpiło 15 lutego 1946 roku, a 16 miałam pierwszą lekcję o ósmej w pierwszej klasie, ale jeszcze nie w Sali, a w pokoju nauczycielskim, bo sale nie wszystkie były jeszcze gotowe. Brak było podręczników, zeszytów, pomocy naukowych, ale z każdym dniem coś przybywało i z każdego przybywającego nawet drobiazgu cieszyliśmy się wszyscy. 

Rok był semestralny. Zakończenie odbyło się w końcu lipca. Było bardzo uroczyste. Władze miejskie z prezydentem mgr Guzekiem i naczelnikiem Wydziału Kultury i Oświaty Cybulskim na czele – Partia przysłała przedstawicieli, był też przedstawiciel z województwa. 

Ten jeden miesiąc wakacji był bardzo czynny. Dyrektorka uwijała się jak w ukropie – były różne wymiany czy darowizny innych szkół w postaci pomocy naukowych – najwięcej otrzymał gabinet towaroznawczy – były stare niemieckie mapy – różne plansze do biologii, itd. Zbieranina nie z tego świata.

Te wakacje 1946 roku były dla mnie bardzo pracowite. Jakoś na wiosnę w swych poszukiwaniach i spacerach zabrnęłam na duży piękny skwer tuż za rzeką. Na skraju tego skweru zobaczyłam cokół zburzonego pomnika. Na tym cokole rodzaj płotu z desek, ale pomalowanych na cegłę – imitujący mur. Na tym „murze” tabliczka: Plac Powstańców Warszawy. Przed cokołem ciągnęła się aleja, wzdłuż niej naprzeciwko cokołu – groby. Szereg grobów, w tym dwa z charakterystycznymi obeliskami z gwiazdą u szczytu – groby radzieckie. Wróciłam do biura podekscytowana tym odkryciem. Dowiedziałam się, że są to groby 22 Polaków mi 2 radzieckich jeńców z obozu, których w ostatniej chwili przed wejściem wojsk radzieckich Niemcy rozstrzelali w Lasku Południowym, tu ich potem pochowano. Zaś kto zrobił ten „mur” i dał napis – nie dowiedziałam się nigdy. W biurze oświadczyłam, że tak nie może być, bo jakkolwiek jest to wzruszające, ale równocześnie przykre w swym prymitywie uczczenia pamięci Powstańców. Po naradzie postanowiliśmy coś z tym zrobić. Napisałam oficjalne pismo do Prezydium MRN opisując opłakany wygląd tego „pomnika”: i prosząc, aby MRN zaakceptowało ten pomysł i zleciło nam zająć się tą sprawą. Ukonstytuował się Komitet Obywatelski, ale właściwie cała praca technicznie spadła na nasz Wydział. Przypadek nam dopomógł. Znowu między odwiedzającymi nas ludźmi znalazł się rzeźbiarz, który w Warszawie był twórcą tych płaskorzeźb wg wiersza Tuwima – Chrystusa zakrywającego oczy na tle palącej się Warszawy. Z nim też zawarliśmy umowę na wyrzeźbienie pomnika. Nie opisuję go – stoi do dzisiaj na skwerze Powstańców Warszawy. 

Ale wracając do naszej szkoły. Otwarcie roku szkolnego 1946/47 było już bardziej skoordynowane, uroczyste. Grono nauczycielskie powiększyło się mocno. Przybyła wtedy kol. Wysocka do matematyki, kol. Bednarska do historii, później kol. Gończ do arytmetyki, uczył też wf chłopców, a kol. Charzewska dziewcząt. Okazało się, ze mnie nazbierało się tyle godzin, że nawet miałam nadliczbowe. Musiałam więc zrezygnować z pracy w MRN. 

W grudniu 1946 roku, akurat w dzień św. Mikołaja, nastąpiła nagle przeprowadzka naszej szkoły. Mianowicie gmach przy ul. Niedziałkowskiego, który dotąd był zajęty przez szpital radziecki został zwolniony. Aby ktoś inny nam go nie zajął – ruszyliśmy pełną parą do translokacji. To był dopiero widok! Młodzież, która przyszła rano do szkoły – miała za zadanie (i ambicję) przenieść swoją klasę do nowego budynku. Ulicami więc ciągnęły czwórki, czy pary  niosące na rękach ławki, stoły, szafy… Do południa szkoła była z grubsza przeniesiona. Nareszcie mieliśmy możliwe warunki, centralne ogrzewanie, a nie popsute piece i pozbyliśmy się tego zapachu zgnilizny. W parę lat potem DOSZ zarządził wymianę z powrotem na tamten budynek przy ul. Łukasiewicza, ale już tam było zagospodarowane przez Met. Szkołę Zawodową, która objęła budynek przy Niedziałkowskiego.

Równocześnie we wrześniu 1946 roku otwarte zostały internaty: męski na Kaszubskiej (gdzie obecnie jest żeński), a żeński na ul. Partyzantów, w wilii przy kościele św. Ottona. Nie był tam zbyt długo, gdyż willa należała do autochtonek i została im oddana, a internat przeniesiono do budynku naprzeciw szkoły na Niedziałkowskiego. Potem, gdy przeniesiono nas znowu na Łukasiewicza – internat żeński był w budynku naprzeciw gmachu, gdzie dzisiaj jest przedszkole. Gdzieś chyba w 1954 roku – internat męski z powodu małej frekwencji zlikwidowano i tam na Kaszubską przeniósł się internat żeński. Kierowniczką internatów przez dobre parę lat była p. Hudykowa, dopóki nie przeszła na emeryturę.

W tym czasie wyznaczono mnie na ławnika sądowego w Sądzie Powiatowym. To zaszczytne stanowisko pełniłam przez blisko 9 lat. Następnie wybrano mnie z ramienia SD, do którego należałam, radną miejską. Jako radna należałam do komisji oświatowej i byłam jej sekretarką oraz zastępcą przewodniczącego. Ile ja się nabiegałam po różnych kontrolach szkół i 

przedszkoli. Ile wysłuchałam skarg na niedomogi gospodarcze, na brak remontów, na niszczenie dobra publicznego. Funkcję tę sprawowałam też dobre parę lat. 

Rok szkolny 1946/47 w naszej szkole dobiegał końca. Rok ten był już normalny w nauce. Grono nauczycielskie było dostateczne, trochę było dochodzących. Szkoła rozwijała się bardzo szybko. Zakończenie roku uwieńczyła pierwsza w tej szkole matura. Klasy gimnazjalne zdawały tak zwaną małą maturę po czwartej klasie. 

Z II klasy licealnej wyszli pierwsi absolwenci. A w końcu bal maturalny, który trwał naprawdę do białego rana…

Wspomnienia Pani Felicji Bystrzyńskiej, jednej z pierwszych absolwentek szkoły, później sekretarki szkolnej, spisane na czterdziestolecie szkoły (w 1986 roku)

Okrągłe rocznice dopingują do wspomnień, spotkań i westchnień. I ja z racji 40-tej rocznicy istnienia Liceum Ekonomicznej w Słupsku pragnę wnieść i utrwalić nieco wspomnień związanych z pierwszymi czterema latami egzystencji szkoły.

Byłam uczennicą liceum w latach 1946-1947. Przystępowałam do egzaminu maturalnego w czerwcu 1947 roku jako jedna z pierwszych maturzystek. Była to pierwsza matura w naszej szkole, a szkoła ta miała wówczas nazwę Gimnazjum Handlowe i Liceum Administracyjne w Słupsku.

Sytuacja rodzinna nie zezwoliła mi na podjęcie studiów i w wyniku tego dwa miesiące po maturze zostałam sekretarką szkoły, którą ukończyłam. Byłam sekretarką przez okres 2 lat, najpierw przy pani dyrektor Leonii Strzelczyk, a następnie przy pani dyrektor inżynier Annie Toczyskiej. 

Pierwszą siedzibą szkoły był budynek przy ul. Łukasiewicza, nie przystosowany na obiekt szkolny. Nie mniej nauka od pierwszych dni chłonięta była pełną parą. W 1947 roku szkoła zyskała budynek odpowiedni przy ul. Niedziałkowskiego. 

Ze względu na opóźnienia w nauce większości uczniów i pracę zawodową tychże, nauka w klasach licealnych odbywała się w godzinach wieczornych. W lutym 1946 roku powołana była jedna klasa liceum administracyjnego, w której uczniowie do lipca 1946 roku przerobili materiał klasy pierwszej, natomiast w 

roku szkolnym 1946/47 materiał klasy II. Niezależnie od tego, w tym roku szkolnym dyrekcja zorganizowała jedną klasę liceum, w której uczniowie w trybie przyspieszonym, materiał dwóch klas przerobili w ciągu jednego roku szkolnego. W związku z tym do pierwszych egzaminów maturalnych w czerwcu 1947 roku przystąpili uczniowie dwóch klas licealnych. 

Była to wspaniała „młodzież” od 19 do 40 roku życia. Na swoich barkach nosiła balast przeżyć i doświadczeń lat wojny. Reprezentowała różne regiony: Wileńszczyznę, Polesie, Podole, Polskę Centralna, Wielkopolskę i Pomorze. Różne zasady i stan rodzinny. Jedno było wspólne – chęć chłonięcia wiedzy i umiłowanie „Naszej Szkoły” z dyrektorką na czele. 

Panią Dyrektorkę Leonię Strzelczyk lubiliśmy i ceniliśmy wszyscy. Zorganizowała nam szkołę. Zwerbowała i zaangażowała dobrą kadrę pedagogiczną, sama była wspaniałym wychowawcą i nauczycielem przedmiotów zawodowych. Była również wychowawcą klasy, do której chodziłam. Udostępniała nam na każde życzenie swą prywatną bibliotekę. Nie szczędziła godzin pozalekcyjnych na spotkania i dyskusje z nami, zarówno w szkole, jak i w swoim mieszkaniu. Prywatny los każdego z nas był jej bliski i w miarę możliwości starała się pomóc. Nic więc dziwnego, że gdy w lipcu 1947 roku zmarli moi rodzice przygarnęła mnie do pracy w sekretariacie. Wspaniały człowiek, wychowawca i pedagog.

Kierowała „Naszą Szkołą” do 1949 roku, jednak losy szkoły, którą zorganizowała nie są jej obce do dnia dzisiejszego. Mieszkając od wielu lat w Warszawie utrzymuje kontakt z licznymi absolwentami słupskiej szkoły, zamieszkałymi w Warszawie, Szczecinie i Słupsku. Ja również należę do tych, którzy utrzymują  z Nią stały kontakt. Wysoko sobie cenię tę okoliczność. 

(…) Języka polskiego uczył nas pan mgr Jurewicz, wieloletni polonista szkoły w Wilnie. Uwielbiał poezję i jej umiłowanie potrafił nam wpoić.

Języka angielskiego uczył nas pan Blew, sympatyczny, kulturalny pan, który po okresie wojny wrócił z Anglii. Zdarzenie, które kojarzy mi się z tym nauczycielem pochodzi z dnia, w którym zdawałam egzamin maturalny z języka angielskiego, a było to 9 czerwca 1947 roku. Gdy przed komisją egzaminacyjną, składającą się z sześciu osób, pan Blew zadał mi w języku angielskim pytanie: „Jaki dzień jest dzisiaj dla pani” i czekał na odpowiedź o treści: „dzisiaj jest dzień egzaminu dojrzałości”, odpowiedziałam: „Dziś jest dzień moich imienin”. Po tej odpowiedzi o. Blew, jak i wszyscy członkowie komisji wstali i złożyli mi życzenia. Więcej pytań nie zadawano i otrzymałam ku memu zadowoleniu ocenę dobrą.

Bardzo byłam związana w czasie nauki z panią Marią Zaborowską. Uczyła nas pisania na maszynie. Dla mnie jednak istniała głównie jako opiekunka szkolnego koła PCK, którego ja byłam przewodniczącą. Rozumiałyśmy się wspaniale. Obie miałyśmy polot i zapał do pracy społecznej i tym zapałem wciągnęłyśmy wielu uczniów do pracy i działania w szeregach PCK. Nakreślę w skrócie, jaką działalność koło PCK wówczas przejawiało: szkolenie i organizowanie pierwszej pomocy w przypadkach zasłabnięć, skaleczeń, itp., rozdział tranu, maści na świerzb i darów z przesyłek UNRA, udział w kwestach ulicznych na cele PCK, zapraszanie grupy samotnych żołnierzy na obiady świąteczne, sprzątanie zaniedbanych grobów, udział w przedstawieniach, np. na Dzień Matki w dniu 26 maja 1946 roku, członkowie koła PCK wystawili w sali Teatru Polskiego w Słupsku jednoaktówkę pt. „Miłość Matki”. Napisał ją mój Ojciec wraz ze mną, natomiast wyreżyserowała ją pan Zaborowska. Przypominam sobie jak duży był sukces, jak i frekwencja w teatrze, była nawet notatka w prasie na ten temat.

Również pod kierownictwem pani Zaborowskiej, jak i pani dyrektor Strzelczyk i pani Gończowej wystawiliśmy na terenie szkoły IV część „Dziadów” Adama Mickiewicza. Liczna była obsada, wielkie przeżycie. Sukces w naszym pojęciu duży. Kilkuletnia wówczas córeczka pani Zaborowskiej – Wandzia, zagrała rolę aniołka. 

Odzyskanie w wyniku wojny dużego dostępu do morza skłoniło panią dyrektor do wprowadzenia w naszej klasie przedmiotu pod nazwą „administracja portów”. Przedmiotu tego nauczał pan kapitan Witold Zubrzycki. Sam obeznany dobrze z zagadnieniami morza – portów – statków, starał się i nas wprowadzić w ten świat. Gdy z trudnością opanowywaliśmy trudne nieraz nazwy i pojęcia – lubił wówczas zakląć i ponarzekać na nasze tępe głowy.

Pozostali nauczyciele, ksiądz prefekt, również wspaniały woźny jak i sprzątaczka, o których imiennie nie wspominam – też byli w pełni oddani sprawie, której służyli. Przede wszystkim, zarówno tymi, którzy są jeszcze wśród nas, jak i tymi, którzy odeszli na zawsze chylę nisko czoło i raz jeszcze Im dziękuję.

Przyznać trzeba, iż życie większości rodzin w tamtych latach było faktycznie skromne, jednak zaangażowanie w pracę i naukę, bezinteresowność, radość, iż koszmar wojny zakończył się powodowały, że żyło się radośnie i z nadzieją na lepszą przyszłość. 

W tym miejscu pragnę nadmienić, iż nieraz gdy spotkamy się w gronie braci szkolnej, zaśpiewamy piosenkę „Choć biedy dwie…” i wówczas to śpiewając właśnie tę piosenkę czujemy się jakbyśmy mieli po 20 lat.

Wspomnienia Pana Zygmunta Kisiela, ucznia II klasy Gimnazjum Kupieckiego, przyjęty 12.06.1946, wychowawczyni: inż. Anna Toczyska, spisane w maju 2011 roku

PIERWSZE LATA

Do Słupska przyjechałem z rodziną, jako repatriant z Lidy, na początku czerwca 1946 roku. Rok szkolny był już na ukończeniu, więc musiałem się spieszyć by znaleźć szkołę. Pierwsze kroki skierowałem do „Ogólniaka” przy ulicy Bieruta (obecnie Szarych Szeregów), ale dyrektor szkoły był nieobecny i miał wrócić dopiero za kilka dni, więc nic  z mojej nauki w tej szkole nie wyszło.

Wędrując po mieście napotkałem koleżanki z Lidy, które poradziły mi bym przyszedł do „Handlówki”, oficjalna nazwa brzmiała: Państwowe Gimnazjum Kupieckie. Poszedłem więc do tej szkoły przy ul. Łukasiewicza, i do tej pory tej decyzji nie żałuję. Przyjęła mnie Pani dyrektor Leonia Strzelczyk. Było to bardzo miłe spotkanie, pomimo odmowy zapisania mnie do klasy III, tej samej, w której były już moje koleżanki z Lidy, Ania Ryndo i Danusia Zabiełło, z którymi chodziłem do tej samej klasy w szkole rosyjskiej w Lidzie.

Ze względu na obawę, że nie poradzę sobie z przedmiotami zawodowymi, Pani dyrektor zgodziła się przyjąć mnie jako wolnego słuchacza do klasy II, stawiając warunek zaliczenia roku, ale też zwolniła mnie z obowiązku opłacania składek na Komitet Rodzicielski, co było ważne dla naszej rodziny, ze względu na dość ciężką sytuację materialną.

Szkołą i kolegami byłem zachwycony. Ostrzegano mnie jednak przed towaroznawstwem i księgowością, przedmiotami wykładanymi przez naszą wychowawczynię, panią inż. Annę Toczyską. Rok zakończyłem pomyślnie. Nie było jeszcze drukowanych świadectw, więc każdy uczeń przygotował formularz, a wychowawczyni wypisała oceny i formułę końcową.

Szkoła była bardziej niż biedna. Stolarka butwiała, tynki się sypały, podłogi z nierównych desek, skrzypiały przy każdym kroku. Woźny ręcznym dzwonkiem  wydzwaniał na przerwy i na lekcję, ale atmosfera była optymistyczna i radosna. Cieszyliśmy się, że możemy uczyć się w polskiej szkole i że wojna się skończyła. Część uczniów dojeżdżała do Słupska z odległości nawet do 40 km ale nikt nie narzekał. W młodszych klasach wiek uczniów był podobny, ale uczniowie w liceum mieli już za sobą udział w walce z okupantem, w wojsku, partyzantce, podziemiu. Niektórzy z nich już pracowali zawodowo. 

65 lat to duży szmat czasu. Wiele wspomnień już się zatarło. Pozostały niektóre wydarzenia, układające się jak wyspy na jeziorze. 

HARCERSTWO

Przy szkole została utworzona 11 Męska Drużyna Harcerska. Początki materialne były trudne. Jako pierwsze wyposażenie dostaliśmy czapki harcerskie. Ufundował je nasz drużynowy. Tadeusz Mierzwiak, którego rodzina miała sklep spożywczy. Później doszły mundurki i lilijki. Krzyże harcerskie otrzymaliśmy dopiero latem, na obozie  w Ustce. Przez czerwiec trwały przygotowania do obozu. Namioty, sprzęt saperski i dwa karabiny wypożyczyła hufcowi Szkoła Milicji.

Po zakończeniu opóźnionego roku szkolnego, cały pociąg z załadowanym hufcem wyruszył do Ustki. Natychmiast pobiegliśmy nad brzeg morza, by je zobaczyć. Dla mnie i dla wielu harcerzy było to pierwsze spotkanie z morzem. Ogrom i bezkresność wód robiła niesamowite wrażenie. Od pierwszego spotkania z przyjemnością kąpaliśmy się w chłodnych wodach Bałtyku.

Cały dzień pracowaliśmy nad ustawianiem i okopywaniem namiotów, budową prycz i latryn. Wszystko robiliśmy sami. Przygotowanie posiłków też należało do harcerzy. 

Po kilku dniach teren obozu był uprzątnięty, a przed namiotami dumnie prezentowały się różne ozdoby. Zaczęło się normalne życie obozowe, pełne ruchu, zabaw sportowych i wieczorowych ognisk. Dodam, że po zwinięciu obozu teren naszego biwakowania został przywrócony do stanu poprzedniego.

W czasie pobytu w Ustce mieliśmy przyjemność, wraz z tłumami harcerzy z innych obozów, z oddziałami wojska i tłumami ludności, witać przybyłego do Ustki ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego, budowniczego Gdyni. W trzecim tygodniu obozu, po północy zostaliśmy zbudzeni alarmem i wyruszyliśmy na nadmorskie wzgórze, położone na skraju Ustki. Było tam już przygotowane ognisko. Uroczyście złożyliśmy przyrzeczenie harcerskie i otrzymaliśmy krzyże. Chwile te utkwiły mi w pamięci i ze wzruszeniem wspominam je do dzisiaj.

W nowym roku szkolnym nasza drużyna aktywnie uczestniczyła w pracach hufca harcerskiego. Pracowaliśmy też przy odgruzowaniu spalonego śródmieścia Słupska. Dla zdobycia funduszu na potrzeby drużyny, postanowiliśmy zbierać złom. Wokół było pełno wypalonych ruin, więc z uzyskaniem złomu nie było problemu. Mieliśmy tylko kłopot z transportem i sprzedażą. W szkole, na boisku, zgromadziliśmy około 5 ton złomu, a punkt skupu zwlekał z jego odbiorem. Pewnego dnia, idąc do kina „Polonia”, zauważyłem na ładnym budynku z czerwonej cegły, tuż przy restauracji „U Franciszkanów”, napis INFORMACJA. Ponieważ szukałem informacji o tym jak sprzedać złom, wszedłem do tego budynku. Przy stoliku u wejścia siedział młody człowiek, który spytał mnie kogo szukam. Odpowiedziałem, że szukam informacji o możliwości sprzedaży złomu, równocześnie podając dane o zbiórce i perypetiach naszej drużyny. Otrzymałem odpowiedź, że sprawę postara się zbadać., Jakież było moje zdziwienie, gdy tego samego dnia, o północy, do mojego domu przyszedł kierownik punktu skupu złomu, przeprosił za opóźnienia, dał mi zaliczkę w wys. 500 zł, przyrzekł, że złom zabierze nazajutrz i grzecznie poprosił bym już nigdzie nie interweniował. W swej nieświadomości nie wiedziałem co kryje się za słowem INFORMACJA. Dopiero po pewnym, dość długim okresie czasu dowiedziałem się, że był to wydział Urzędu Bezpieczeństwa. 

W 1948 roku mieliśmy obóz w okolicach Niechorza. Rozbiliśmy namioty na leśnej polanie nad krótką rzeczką wypływającą z jeziora do morza. W rzeczce tej mieliśmy najprzyjemniejsze miejsce do kąpieli, chociaż nie gardziliśmy też kąpielami w morzu. W trakcie trwania obozu, na łąkach między Niechorzem i Rewalem została zorganizowana msza polowa, w której uczestniczyło wiele obozów harcerek i harcerzy. Myślę, że było tam około 5000 uczestników. W czasie mszy kilka obozów zaśpiewało „Bogurodzicę”. Nie znałem tej pieśni. Znając białoruski i rosyjski, rozumiałem wszystkie słowa. Wydawało mi się, że ta pieśń jest mi znana, chociaż jej nigdy nie słyszałem. Wrażenie było bardzo przejmujące. Nigdy tego nie zapomnę. 

Moja przygoda z harcerstwem zakończyła się, gdy zacząłem pracować zawodowo i kontynuowałem naukę w Prywatnym Liceum Handlowym. W dorobku miałem stopień „harcerza orlego” i 30 sprawności. Do kontynuacji pracy w harcerstwie nie zachęcała też jego reorganizacja, prowadzona przez Jacka Kuronia, mająca na celu ujednolicenie harcerstwa z organizacją pionierów sowieckich.

ŻYCIE KULTURALNE

W Słupsku zaczął działać teatr, założony przez Iwo Galla. Wszystkie przedstawienia miały pełną widownię. Uczestniczyliśmy w nich z przyjemnością.

W szkole, jeszcze na ul. Łukasiewicza, koledzy z klas licealnych wystawili „Dziady” Mickiewicza. Pomimo skromnych spartańskich warunków, cały spektakl był wzruszający i pozostał na długo w naszej pamięci. 

W czerwcu 1947 roku, nasza III klasa, wtedy już Państwowego Gimnazjum Handlowego, wystawiła komedię Michała Bałuckiego pt. „Teatr amatorski”. Reżyserką, administratorką sceny, autorką dekoracji, charakteryzatorką i każdą inną osobą, była nasza wychowawczyni, Pani inż. Anna Toczyska. Już nie pamiętam treści tej sztuki ani charakterów wszystkich postaci w niej występujących, ale odnieśliśmy sukces. Daliśmy dwa przedstawienia otwarte, przy pełnej Sali gimnastycznej już w nowej szkole i jedno specjalne, dla kursantów słupskiej Szkoły Milicji. W szkole też organizowane były akademie artystyczne z okazji różnych rocznic patriotycznych. Było na nich mało referatów, ale dużo poezji, piosenek i innych inscenizacji. Np. z okazji rocznicy Powstania Styczniowego nasza klasa wystawiła kilka żywych obrazów według litografii Grottgera. 

Nasza drużyna brała też udział w różnych defiladach i w procesji Bożego Ciała. 

NAUKA I NAUCZYCIELE

Po ciasnej lokalizacji przy ul. Łukasiewicza, szkoła uzyskała piękny, nowy gmach przy ul. Niedziałkowskiego. Przeprowadzka nastąpiła nagle w grudniu 1947 roku i została dokonana w zasadzie w ciągu jednego dnia. Nie było wtedy środków transportowych ani funduszy na ich wynajem, więc cały majątek szkoły został przeniesiony na barkach uczniów. Nowy gmach był zwolniony przez Armię Radziecką i władze miejskie przydzieliły go szkole. Warunki zrobiły się komfortowe.

Mieliśmy piękne, duże klasy, pracownię towaroznawstwa i halę maszyn do pisania, ale najbardziej podobała się nam duża hala gimnastyczna. Była to doskonała sala taneczna na zabawy szkolne, widownia teatralna, miejsce do organizowania uroczystości szkolnych, no i oczywiście służyła do ćwiczeń i zawodów gimnastycznych. Harcerze i harcerki otrzymali przestronny barak, stojący na terenie szkoły, gdzie zostały urządzone harcówki.

Na szczęście nie byłem już świadkiem odebrania szkole tego gmachu.

Grono nauczycielskie było wyjątkowe. Prócz tego, że wszystkich nauczycieli cechowała profesjonalność, byli oni także przyjaciółmi i opiekunami uczniów. Atmosfera w szkole była cudowna, chociaż dyscyplina i rygor były przestrzegane. Dzięki ich fachowości i zaangażowaniu uzyskaliśmy podwaliny wiedzy niezbędnej dla naszego dalszego życia i pracy. Nad całością czuwała Pani Dyrektor Leonia Strzelczyk. Była dobrym duchem szkoły i przyjacielem wszystkich wychowanków.

Najlepszym przyjacielem naszej klasy była jednak nasza wychowawczyni, Pani inż. Anna Toczyska. Była surowa i wymagająca, ale sprawiedliwa. Wspominałem Ją z wdzięcznością przez całe życie zawodowe, gdy miałem do czynienia z systemami księgowymi różnych krajów, które były oparte na zasadach księgowości tradycyjnej, nie skażonej reformami socjalistycznymi.

Dobre podstawy angielskiego wbijała nam do głów Pani Sylwia Toczyska, synowa Anny. Dzięki Niej opanowaliśmy zasady gramatyki angielskiej, a w szczególności znajomość  czasowników nieregularnych i idiomów.

Pani Maria Zaborowska, twórczyni słupskiego muzeum, wpajała nam umiejętność pisania na maszynie i stenografowania, a także zwracała nam uwagę na specyfikę i piękno Ziemi Słupskiej.

Od pani Marii Bukowskiej wynieśliśmy zamiłowanie do map i wiedzę o różnych tajnikach nauki geografii.

Pan Szymon Matejko wprowadził nas w tajniki arytmetyki handlowej, przedmiotu, który przestał być nauczany po wprowadzeniu maszyn i komputerów. Doskonaliliśmy się w liczeniu w pamięci, co tez dawało niezłą gimnastykę umysłu.

Inni nauczyciele dawali nam wiedze ogólną, ale wyżej wymienieni pozwolili mi na uzyskanie podstaw wiedzy zawodowej, którą wykorzystywałem w swej pracy.

W czasie wakacji i ferii, odbywaliśmy praktyki zawodowe, początkowo w sklepach, a później w biurach. Lekcje towaroznawstwa były urozmaicane wycieczkami do słupskich zakładów pracy. Byliśmy w „Pomorzance”, poznając arkana produkcji słodyczy, w rzeźni, w fabryce maszyn rolnych, w octowni, a nawet w Narodowym Banku Polskim, gdzie weszliśmy do skarbca. 

Z inicjatywy znanego esperantysty z Gdańska, pana Toczyskiego, brata naszej wychowawczyni, rozpoczęliśmy naukę języka Esperanto. Chętnych, na czele z naszą wychowawczynią było czternaścioro. Cały kurs podstawowy przerobiliśmy w jednym roku, osiągając znajomość tego języka wystarczającą do konwersacji, pisania i czytania. Znajomość tego języka pomogła mi w opanowaniu języków francuskiego i hiszpańskiego. 

Po uzyskaniu „małej matury” rozpocząłem pracę zawodową w księgowości i kontynuowałem naukę w Prywatnym Liceum Handlowym w Słupsku. Szczęśliwie nauczali tam ci sami pedagodzy.

 Zawsze wspominam z wdzięcznością lata i wiedzę uzyskaną w Szkole w Słupsku, które były fundamentem moich sukcesów zawodowych.

Warszawa, maj 2011.

Wspomnienia Pani Haliny Kozłowskiej z domu Leonarczyk, jednej z pierwszych uczennic Gimnazjum Handlowego, spisane 2 kwietnia 2002 roku

Zaciera się już w pamięci charakterystyczna sylwetka pana woźnego. Był wysoki, chudy, stary, a pod ogromnym nosem często błyszczała kropla wilgoci. Najgłośniej dzwonił po dużej przerwie, aby młodzież, która wybiegła na pobliski rynek kupić sobie na śniadanie gorącą, kartoflaną babkę – słyszała i wróciła na lekcje. 

Gimnazjum – z dużymi klasami, drewnianymi podłogami, rzędami czarnych, drewnianych ław szkolnych z ruchomymi pulpitami i otworami na kałamarze. Prehistoria szkoły. Lata 40-te.

Ale energiczna Pani Toczyska znakomicie przywracała pamięć zapóźnionej, powojennej młodzieży, która musiała zrozumieć co „winien”, a co „ma” i przysposabiać się do przyszłego zawodu kupca czy handlowca, a może ekonomisty, kto wie, co przyniesie przyszłość – po odgruzowaniu trudnej przeszłości…

Byliśmy trochę dorośli, trochę dziecinni, z różnym zasobem powojennej wiedzy. Byliśmy chętni do uczenia się, do zabawy, do wszystkiego co nowe, podatni na wpływy. Wiedziała to najlepiej łagodna Pani Dyrektorka Strzelczykowa, umiała wykorzystać energię młodzieży, temperować jej zapały. Wiedziała trafnie, komu powierzać organizowanie samorządności uczniowskiej, czyje talenty rozwijać, jak łagodzić obyczaje, jak karcić – aby szkoła była darem, a nie koniecznością.

Te kilka mglistych wspomnień z gimnazjum handlowego w Słupsku jest dowodem, że powstała doskonała szkoła średnia, której dobry ślad pozostaje na zawsze w pamięci uczniów, a stały rozwój udokumentowany jest ilością jej absolwentów, z których wielu zrobiło znaczące kariery zawodowe.

Wspomnienia Pana Edmunda Iwaszkiewicza, jednego z pierwszych absolwentów szkoły, potem jej księgowego i długoletniego nauczyciela, znajdujące się w archiwum ZSE

Był rok 1945 – listopad, kiedy przybyłem do Słupska, kiedy wszystko wydawało się tymczasowe, mgliste, niepewne.
Miasto jednak było bardzo ruchliwe, przewalały się tłumy, które czegoś szukały – węszyły – szabrownicy. Domy upstrzone chorągiewkami biało-czerwonymi znaczyły, gdzie już mieszkali ci, którzy zdecydowali się tu zostać. Na ulicach wyłącznie oświetlenie gazowe, latarnie sączące żółtozielonkawe smugi światła, nadają ulicom urokliwy półmrok. Na głównej ulicy Dworcowej ruch dwukierunkowy, specjalnie dla linii tramwajowej, dzwonki tramwajów, pisk na zakrętach szyn, to symptom międzywojennego „dużego miasta”. Tramwaje „nobilitują” miasto. Po alei spacerują młodzi, zwłaszcza młodzież gimnazjalna. Zwracano się do siebie koleżanko, kolego, chyba że ktoś bardzo dobrze się znał, to po imieniu.

I tak spotkałem koleżankę  z gimnazjum, do którego uczęszczałem jeszcze przed wojną, od której dowiedziałem się, że od lutego 1946 roku będzie uruchomione gimnazjum o tym samym profilu nauczania i strukturze organizacyjnej jak przed wojną, a więc gimnazjum kupieckie i liceum handlowe. 

Na ulicy pojawił się afisz informujący o zapisach, drukowany był czcionkami języka niemieckiego, a więc bez liter: ł, ą, ę, itd. (Tak, że w „Slupsku” będzie „szkola”). Była to ulica Świętojańska, przy której stał piętrowy budynek o dość ponurym wyglądzie -  to szkoła, do której będę uczęszczać po 5-letniej przerwie.

Wewnątrz budynku ciemne korytarze, przykry zapach pyłochłonu nie czynił miłego wrażenia. W klasach ławki szkolne chyba o wieku sprzed kilkudziesięciu lat. W budynku wykorzystano tylko kilka klas, reszta stała pusta.
Rozpoczęły się lekcje. Całkowity brak jakichkolwiek podręczników. Postawą lekcji jest wykład profesora, no i notatki czynione w ciągu lekcji.

W klasie ogromne zróżnicowanie wieku słuchaczy – od 19 lat do ponad 40. Dyrektorem szkoły kobieta, pani Leonia Strzelczyk, matkująca swoim uczniom.
Profesorowie sympatyczni i wyrozumiali, to repatrianci z Wileńszczyzny, żołnierze z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i inni szukający swego miejsca.
Rok szkolny zakończył się 15 lipca 1946 roku. Po wakacjach niespodzianka, szkoła przeprowadza się do budynku zajmowanego dotychczas przez wojsko radzieckie na szpital, a więc na ulicę Niedziałkowskiego. Różnica w porównaniu do tamtego budynku ogromna – na lepsze. Tu w czerwcu 1947 roku odbywają się pierwsze matury. 

Z początkiem nowego roku odchodzi na stanowisko wizytatora założycielka szkoły pani Strzelczyk. Dyrektorem szkoły zostaje pani inżynier Toczyska, a potem kolejna zmiana – pani Hilczer. Za jej kadencji następują zmiany w przynależności szkół do odpowiednich resortów. I tak szkoła jest podległa Centralnemu Zarządowi Szkolnictwa Zawodowego przy Ministerstwie Finansów w Warszawie. Szkoła musi więc wrócić na ulicę Świętojańską do starego budynku. Rozczarowanie ogromne, próby walki zmianę decyzji DOSZ  w Koszalinie, kończą się odwołaniem dyrektorki Hilczer ze stanowiska.
Ciągle się myśli o budowie nowego budynku, ale lata mijają i nic z tego. W końcu jest! Przeprowadzamy się do budynku po liceum pedagogicznym. Jest lepiej.

Wspomnienia Pana Klemensa Cieślaka, dyrektora szkoły w latach 1952-1956, znajdujące się w archiwum ZSE

Był lipiec 1952 roku, kiedy z Torunia przez Białogard i Koszalin przyjechałem do Słupska z nominacją ministra finansów na dyrektora Technikum Finansowego w Słupsku.

Dla młodego nauczyciela szkół ekonomicznych działającego już aktywnie politycznie i w środowisku nauczycielskim był to duży awans, ale także duża niewiadoma. Czy podołam, jak przyjmie mnie nowe środowisko i tym podobne myśli przychodziły mi do głowy w momencie podejmowania decyzji o wyjeździe na tzw. Ziemie Odzyskane. Pierwsze zetknięcie się z nieznanym miastem nie zrobiło na mnie optymistycznego wrażenia. Centrum miasta leżało jeszcze w gruzach. Jak się później okazało, żywotność słupszczan, szybka integracja ludności osiedlonej tutaj, zmieniały obraz miasta bardzo szybko. 

Przekroczyłem progi szkoły, mieszczącej się wtedy przy ulicy Łukasiewicza. Okazały zewnętrznie budynek wewnątrz przedstawiał się więcej niż skromnie. Drewniane schody i stropy, wąskie i ciemne korytarze, niezbyt zachęcająco podziałały na moją wyobraźnię o funkcjonowaniu szkoły średniej. Pierwszym pracownikiem, którego poznałem (był to okres wakacji) był pan Edmund Iwaszkiewicz, główny księgowy szkoły. Wtajemniczał mnie w bieżący stan gospodarczy szkoły  i internatów.

Technikum Finansowe dysponowało w tym czasie tylko dwoma etatami administracyjnymi. Tak więc szereg obowiązków gospodarczych spadał na kierownika internatu. Mimo, że szkoła bezpośrednio podlegała resortowi finansów, to środki finansowe w latach pięćdziesiątych na dodatkowe potrzeby szkoły trzeba było „zdobywać”, a każdy wydatek był dokładnie kontrolowany. Jednak zapał do pracy, zaangażowanie całego grona pedagogicznego w poprawę warunków nauczania w tych nienajlepszych warunkach powodował, że dość liczne kontrole resortu wypadały dobrze.

Szybko zapoznałem się z gronem pedagogicznym. Nauczyciele pomimo wakacji przychodzili do szkoły, żeby zapoznać się z organizacją nowego roku szkolnego, a także przy okazji poznać i porozmawiać z tym „nowym”, którego przysłano do kierowania szkołą. Słowo „ich” szybko przeistoczyło się w „naszą”. Tak mogę określić przywiązanie pełne troski wszystkich uczących w Technikum Finansowym, których zastałem w przeddzień roku szkolnego 1952/53.

Miałem „wspólny język” niemal ze wszystkimi wychowawcami w sprawach ideowo-wychowawczych uczącej się młodzieży, a był to okres trudny. Trwała jeszcze walka o nową ludowo-demokratyczną rzeczywistość w nowym kraju.

Nauczyciele posiadali pełne wykształcenie zawodowe i długi staż pedagogiczny. Młoda kadra nauczycieli przybywała w następnych latach. Przypominam sobie pełną zapału panią Stanisławę Wysocką – matematyka, która poświęcała dużo czasu na działalność społeczną wśród uczniów szkoły, panią Anielę Wińską – polonistkę, wraz z mężem Zenonem Wińskim uczącym przedmiotów zawodowych, panią Reginę Foremną – historyka, panią Janinę Nowicką - ekonomistkę, pana Wiktora Sikorskiego – towaroznawcę, panią Marię Bukowską uczącą biurowości, korespondencji i maszynopisania, panią Jadwigę Nieciejowską – rusycystkę, panią Janinę Naumow nauczającą wychowania obywatelskiego, pana Juliana Foremnego – umuzykalniającego młodzież, pana Matejkę – ekonomistę, pana Jana Kwapisza – matematyka, panią Krystynę Trąbczyńską – rozwijającą wychowanie fizyczne i sport w szkole. Wspominam tylko tych pedagogów, z którymi wspólnie rozpocząłem rok szkolny 1952/53.

Młodzież z Technikum była w różnym wieku. Były to roczniki „wojenne”. Absolwentów obowiązywały nakazy pracy, ale przyznawany limit miejsc na uczelniach wyższych dla szkoły był zawsze zapełniany absolwentami i ci, którzy zakwalifikowani zostali do dalszej nauki prawie w 100% zdawali egzaminy wstępne.

Dobrze rozwijała się działalność społeczna w szkole. Wysoko notowana była w kraju żeńska drużyna siatkarek. Wysoką lokatę w ocenie władz miejskich i wojewódzkich zajmowały inicjatywy i bieżąca działalność szkolnego koła ZMP, a także inne organizacje szkolne.

Po wizytacji szkoły w roku szkolnym 1954/55, na 20 szkół resortu Ministerstwa Finansów, ocenieni zostaliśmy z czwartą lokatą. Niewątpliwa zasługa wszystkich pracowników szkoły, a także tradycji zaszczepionej przez pierwszych organizatorów „handlówki” w Słupsku. Do tej dobrej lokaty przyczyniła się przede wszystkim młodzież ucząca się w trudnych nieraz warunkach, z ambicją ukończenia tej szkoły cenzusu technika ekonomisty.

Pracowałem w tej szkole z dużą przyjemnością, angażując się w działalność polityczną i społeczną. Kiedy egzekutywa KW PZPR w Koszalinie zarekomendowała mnie na funkcję przewodniczącego prezydium MRN w Słupsku, a MRN wybrała na tę funkcję w październiku 1956 roku, trudno mi było  rozstać się ze szkołą. Mimo codziennych kłopotów, które ma każdy dyrektor szkoły, miałem dużo satysfakcji. Szczególnie utkwiła mi w pamięci młodzież tych lat. Zawsze chętna do zadań umiejętnie stawianych przez wychowawców. 

Wspomnienia Pani Marii Cieślak, nauczycielki w Zespole Szkół Ekonomicznych, żony dyrektora szkoły Klemensa Cieślaka, spisane na czterdziestolecie szkoły (1986 rok)

Decyzja wyjazdu z Torunia do Słupska zapadła w czerwcu 1952 roku. Zaproponowano mężowi w Ministerstwie Finansów objęcie dyrektury w Technikum Finansowym w Słupsku. Szukałam na mapie Słupska, bałam się wyjechać z bliskich mi kątów toruńskich na „Dziki Zachód”. Mieliśmy wówczas roczne dziecko – córeczkę Oleńkę. Byłam zżyta z matką i rodzeństwem i naraz cały mój dotychczasowy świat musiałam zostawić.

Mąż w lipcu wyjechał na kurs dla dyrektorów szkół do Leśnej Podkowy pod Warszawą. W sierpniu obejmował szkołę w Słupsku. Zostałam zaproszona na inaugurację roku szkolnego 1952/53, przede wszystkim dla zobaczenia nowej placówki i miasta. Zostawiłam pod opieka swojej matki 16-miesięczne dziecko i pełna obaw odjechałam w nieznane. Mąż mieszkał tymczasowo w internacie. Przyjęła nas wówczas ówczesna kierowniczka internatu pani Józefa Hudykowa – wysoka, szczupła, o wyszukanych manierach, dama w wieku po pięćdziesiątce. Przy powitaniu zdarzył się zabawny incydent. Pani witając w progu męża zapytała: „a gdzie jest pana małżonka panie dyrektorze?”, a na to mąż przedstawia mnie – 21-letnie wiotkie dziewczę. Riposta była następująca: „Ta panienka, którą wzięłam za uczennicę jest panią dyrektorową?”. Trudno było przyzwyczaić się starszemu pokoleniu, że po wojnie powierzano odpowiedzialne stanowiska młodzieży. Mąż nie miał jeszcze wówczas 24 lat.. Młody wiek męża  nie dziwił, natomiast ja byłam szokiem.

Nie przeszkodziło to w nawiązaniu w późniejszym czasie szczerej przyjaźni. Znalazłam w pani Józefie oddanego przyjaciela. Pani Józefa Hudykowa była wdową po inżynierze leśniku, który poległ w czasie wojny. Mąż jej był nadleśniczym na Lubelszczyźnie. Przed wojną była panią wielkiego domu. Jako kierowniczka internatów męskiego przy ulicy Kaszubskiej i żeńskiego przy ulicy Łukasiewicza była najtroskliwszą opiekunką, często zastępującą matkę. Wielokrotnie widziałam ją reperującą pościel, przesypującą poduszki, szyjącą fartuchy lub uczącą młodzież, jak się szyje proste ubrania. 

Personelu było w internacie bardzo mało. Główna gosposia Stefania Łukaszczyk – wdowa i dwie pomoce kuchenne, w tym jedna trochę nierozgarnięta oraz z dużymi odchyleniami, „Stasio – siła pociągowa”, chodzący i śpiący w czapce kolejarskiej, z której posiadania był bardzo dumny. Stasio przywoził wózkiem na dwóch kółkach cały prowiant, a ponadto oprzątał świnie.

Internat na Kaszubskiej posiadał duży warzywny ogród i hodował świnie, które łącznie z warzywami powiększały skromne racje żywieniowe internatu. Nikt z młodzieży internackiej nie cierpiał głodu. Gosposia kosztem własnego wypoczynku wymyślała rozmaite potrawy, aby urozmaicić jednostajne menu uzależnione od przydziałów kartkowych i bariery finansowej. Często miałam wrażenie, że nie tylko wkładała swój wysiłek, ale i skromne zarobki, aby lepiej wykarmić młodzież. Nie miała własnych dzieci, dlatego troszczyła się o młodzież.

Uprawianie ogródka i hodowla świń była naturalnie dodatkowym nieodpłatnym obciążeniem. Wszyscy kochali i szanowali Tę dużą kobietę o głębokim sercu, służącą kiedyś na hrabiowskim dworze, a nie umiejącą pisać. Nauczyłam ją podpisywać się. Ta mądra kobieta miała łzy w oczach, kiedy udało jej się podpisać listę płac własnym nazwiskiem, a nie krzyżykami. Zmarła w 1960 roku, w rok po przejściu na emeryturę. Było to Wielkie Serce oddane bez reszty młodzieży.

To samo można powiedzieć o pan kierowniczce Józefie Hudykowej – kobieta mądra, oczytana, światowa dama, a jednocześnie dobry i zaradny organizator, nadzwyczaj prawy człowiek.

W 1953/54 zlikwidowano męski internat i dziewczęta z internatu z ulicy Łukasiewicza, który został przeznaczony na przedszkole, zamieszkały na Kaszubskiej. Wychowawczynią uczącą dziewczęta abc dobrego wychowania była hrabina Wanda Radomyska – żona przedwojennego wysokiej rangi oficera. Wyjechała w 1957 roku do Stanów Zjednoczonych, gdzie wyszła za mąż za brata generała Andersa, jej adoratora z młodzieńczych lat.

Cóż mogę powiedzieć o paniach pracujących w internacie? Wszystkie wymienione były samotne, mieszkały w internacie i pracowały na okrągło 24 godziny na dobę. Nigdy nie słyszałam rozmów na temat wynagrodzenia. Internat traktowały jak własny dom i dbały, aby wszystkim było w nim dobrze.

Często byłam świadkiem rozmów natury opiekuńczo-wychowawczej, a nawet dydaktycznej. W czasie odrabiania lekcji pani Wanda nie opuszczała olbrzymiej jadalni, która po obiedzie zamieniała się w świetlicę, służąc radą, wiedzą w sposobie opanowania zadanego materiału. 

Urządzane wieczorki w internacie były przyczynkiem do studiowania „Kamyczka” nie mówiąc już o savoir-vivre. Dziewczyny nabierały ogłady i zmieniały się w oczach. W czasie choroby pielęgnowano dziewczęta, parzono zioła, stawiano bańki, otulano i czuwano przy nich tak jak w rodzinnym domu.

Pamiętam wiele momentów nadzwyczajnej dobroci. Miałam to szczęście, że przez kilka miesięcy pracowałam w internacie – od 1 grudnia 1952 roku do 31 sierpnia 1953 roku. Od tego momentu łączyły mnie mimo dużej różnicy wieku stosunki wielkiej przyjaźni zarówno z panią Józefą Hudykową jak i Stefanią Łukaszczyk. Nie było mi już dane w późniejszym życiu spotkać ludzi tego formatu i tak wielkiego serca.

Pani Wanda Radomyska i Jej siostra, nauczycielka muzyki pięknie grały na fortepianie. W czasie posiłków zwracano uwagę nie tylko na sposób zachowania się przy stole, ale także rozmawiano o literaturze.

Wspomnienia Pani Jadwigi Tyras z domu Leonarczyk, jednej z pierwszych uczennic Gimnazjum Handlowego, potem nauczycielki w tejże szkole i długoletniej dyrektorki, spisane 10 kwietnia 2002 roku

Wspomnienia, wspomnienia… przez 54 lata mojego aktywnego związku z tą szkołą nagromadziło się ich wiele, zarówno z okresu uczniowskiego (lata 1946-1951), nauczycielskiego (lata 1955-1967), dyrektorskiego (lata 1973-1986) i wreszcie okresu nauczyciela-emeryta, pracującego w niepełnym wymiarze godzin na corocznie odnawianej umowie o pracę (lata 1986-2000).

W nieprofesjonalnie pisanym słowie trudno jest oddać klimat minionych lat, a pamięć ludzka przecież wybiórczo utrwala zdarzenia, osoby, fakty.
Stąd ze wspomnień różnych osób wyłaniają się czasem zupełnie inne zdarzenia, a te same osoby, które człek spotkał na swojej szkolnej ścieżce mogą być zupełnie inaczej widziane. 

I dlatego tak trudno zdecydować, o czym i o kim pisać, by kompletnie nie zanudzić czytającego. Jest chyba też jakaś prawidłowość, że z upływem lat najczęściej i najmilej wspomina się lata uczniowskie. I ja od nich zacznę.
Lata gimnazjalne zamknięte tzw. małą maturą w mojej pamięci utrwaliły się harcerskimi letnimi obozami w Izbicy koło Łeby i Kamesznicy koło Milówki, gdzie na wieczorne ogniska przychodziła licznie miejscowa ludność, zabawami karnawałowymi organizowanymi przez samorząd uczniowski, z których dochód przeznaczony był na wycieczki i zakup prosiaków do hodowli w internacie, a po świniobiciu na „świński ogonek” zapraszano zarządy klasowych samorządów, imprezy dochodowe i społeczne, które każda klasa miała obowiązek organizować, a starała się to zrobić najlepiej.

Z tego okresu najbardziej pamiętam nauczycieli:
- polonistki, panie Gończową, Bednarską, które mobilizowały do współredagowania szkolnej gazetki, jednodniówki, przybliżały twórczość Słowackiego, Mickiewicza, Fredry, Szekspira i współczesnych autorów, organizując przedstawienia, akademie, „ku czci”, „ku pamięci”, w których miałam zaszczyt uczestniczyć;
- moją wychowawczynię, anglistkę, panią Sylwię Toczyską, delikatną, subtelną, ale wymagającą, która w obronie swoich wychowanków umiała nawet przeciwstawić się durowej dyrektorce – Annie Toczyskiej (zresztą swojej teściowej) i wyjednać dodatkowe poprawki dla tych, którzy z przedmiotów zawodowych „mieli pod górkę”;
- prof. Nowicką, która cierpliwie tłumaczyła zawiłości księgowe planu kont, a na tygodniowo-wykopkowym pobycie w motarzyńskim pałacyku pilnowała, by nie zamęczono nas całodniową pracą, by każdy do dość cienkiej zupki dostał solidną wkładkę i pajdę chleba, owoce z przypałacowego ogrodu, a wieczorem obowiązkowo duży kubek prawdziwego mleka prosto od krowy;
- prof. Matejkę, który na każdej lekcji arytmetyki urządzał zawody w rozwiązywaniu na czas tzw. koników, kształcących sprawność w mnożeniu, dzieleniu, dodawaniu i odejmowaniu, dzięki czemu do dziś potrafię szybko o bez pomocy kalkulatora stosować te cztery zadania.

Czas liceum to dominacja zebrań ZMP-owskich, na których ścierały się poglądy na przeszłość i przyszłość Polski, to „spowiadanie się” na zebraniach klasowych tej organizacji z każdej zbyt niskiej – w stosunku do możliwości – oceny, każdej opuszczonej lekcji, odpowiedzialności za wyniki w nauce tego, kogo przydzielono w ramach samopomocowych koleżeńskich korepetycji.
A jednocześnie ciągłe prasówki i znoszenie wyraźnej wrogości jaką nas, dzieci przedwojennych wojskowych i tych zza Buga, darzył zarząd miejski ZMP i niektórzy szkolni aktywiści.

W tym czasie ze szkoły odchodzi dyrektor Anna Toczyska, której arystokratyczne pochodzenie nie pasowało do ówczesnych wymagań i która nie chciała zaakceptować zetempowskiej pajdokracji.
W tym miejscu warto wspomnieć:
- postać „Weka”, profesora Sikorskiego, który na lekcje towaroznawstwa wprowadził iście laboratoryjne metody badania towarów, a co atrakcyjniejsze, z trudem gromadzone w tym czasie eksponaty (orzechy, owoce południowe), przed łakomstwem uczniów chronił specjalnie przygotowaną miksturą. Łagodny, z dystansem podchodzący do politycznych wydarzeń;
- prof. Mertkową, która swoje muzyczne fascynacje wszczepiała uczniom organizując wyjazdy do opery, szkolne koncerty i tymi działaniami chyba dała więcej uczniom niż organizacją i techniką handlu;
- prof. Wysocką, która przed samą maturą, na dodatkowych lekcjach uzupełniała nasze matematyczne braki, a na lekcjach stenografii co sprytniejszym pozwalała się przekonać, że wielokrotnie powtarzanych znaczników jeszcze nie mieliśmy tylko, tylko inna klasa.

Gdy po studiach z wielką obawą – jak zostanę przyjęta przez moich byłych nauczycieli – z nakazem pracy w kieszeni zameldowałam się u dyrektora Cieślaka, jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego „wziął mnie do galopu” wysyłając z młodzieżą na kolonie do Jeleniej Góry, a potem na kurs ekonomiki, planowania i analizy – do Gliwic, bo właśnie te przedmioty plus finanse przydzielił mi i to w klasach maturalnych, a na dodatek obdarzył zajęciami pozalekcyjnymi (zespół taneczny). „Okresu ochronnego” nie było. I chwała mu za to, bo mnogość pracy pomnaża energię – co sama doświadczyłam.
Obawy o stosunek do mnie grona pedagogicznego okazały się płonne, bo ich życzliwość, serdeczność, mobilizowały do solidnego przygotowania lekcji i podejmowania coraz to nowych wyzwań. Nie wzbraniałam się przed przyjęciem po prof. Jedlińskim opieki nad „Bratniakiem” i organizowania zapoczątkowanych przez niego corocznych balów gałganiarzy, pokazów mody, czy wreszcie prowadzenia kabareciku „Słówko”, który w kolejnych latach obsadzał co ważniejsze uroczystości szkolne, a mnie sprawiał wielką frajdę.

Pamiętam jeden z takich balów, na który wbiegł Ali-Baba (prof. Wysocka) na czele 40 rozbójników – uczniów swojej klasy i zrobiła furorę w rockendrolowych wygibasach. I drugi, na którym Miss balu został przebrany za babę – przekupkę pan woźny.
Po pięcioletnim „wygnaniu” na wice do zawodowej, typowo męskiej szkoły, wróciłam do naszego „ekonomicznego babińca”, by na dyrektorskim stołku dożyć „zasłużonej” emerytury i przejść na status nauczyciela-emeryta.
Jaki był ten okres mojego dyrektorowania – do dał szkole, nie mnie to oceniać. Sądzę, że coś ze stylu moich poprzedników przejęłam i mam nadzieję, że to coś było zaletą mojego dyrektorowania. Zawsze marzyła mi się szkoła ciepła, ale zdyscyplinowana, przedkładająca wychowanie nad suchą dydaktykę, bo uważałam, że życie zmusi człowieka do uzupełnienia wiedzy i umiejętności, ale gdy za młodu się nie wychowa, to „cham pozostanie chamem”. 
I chyba dlatego pierwsze działania remontowo-inwestycyjne skierowałam nie na gabinety, ale na internat, w którym mieszkała młodzież często z zapadłych pegeerowskich wsi. Wkrótce mieliśmy najładniejszą w mieście stołówkę, mniejsze pokoje, nowe sanitariaty, umywalki, łazienkę i bez ograniczeń czasowych ciepłą wodę. Wprawdzie „oberwałam” za podjęcie prac bez koniecznych limitów, ale co się zrobiło to było.

Hołubiłam harcerstwo, bo zawsze było mi bliższe niż inne organizacje młodzieżowe. Starałam się kontynuować dobre zwyczaje (wybory do samorządu, sesje popularno-naukowe, olimpiady, dni sportu, rozgrywki międzyklasowe, OHP). Inicjować coś nowego (panorama klas, aktywizacja organów spółdzielni „Bratniak”)i przede wszystkim pilnować, by obowiązkowe w latach 80-tych apele szkolne nie przerodziły się w prasówki, a dały możliwość prezentacji klasom.
Naturalnie nie mogłabym nic zrobić, gdybym nie miała oparcia w moich zastępcach, zaangażowania grona pedagogicznego, a także niektórych pracowników administracji i obsługi. Nie podaję nazwisk, bo tych by było zbyt dużo.

Miałam okazję w tej szkole uczestniczyć w przygotowaniach obchodów 20, 30, 40, a nawet – już na emeryturze – 50-lecia szkoły, na których spotkania z absolwentami różnych roczników utwierdzały, że szkoła we wspomnieniach jej uczniów wciąż żyje.
Z racji różnych moich ról pełnionych w tej szkole i z perspektywy lat , mogę, acz nieumiejętnie, pokusić się o pewne porównanie i podsumowanie – jaką była i jaką jest szkołą ten nasz „ekonomik”? Trudno to, bo na przestrzeni tych 54 lat były różne warunki, różne potrzeby, stąd i szkoła siłą rzeczy musiała się zmieniać, a czy zawsze na dobre, to iście hamletowskie pytanie.

W przeszłość odszedł obowiązek noszenia mundurków – fartuszków z białym kołnierzykiem, tarcz, czapek charakterystycznych dla danej szkoły, które – dawnym zwyczajem – na sto dni przed maturą pocięte i misternie pozszywane, informowały wszem i wobec, że w tej szkole studniówkowe szaleństwa już minęły, a nastał czas wzmożonej pracy.
Uczeń na ulicy, a nawet w szkole, stał się anonimowy, zwłaszcza w szkolnych molochach. Jeszcze w latach 80-tych nie było potrzeby angażować rodziców i zawodowych ochroniarzy do pilnowania spokoju na zabawach, które z reguły odbywały się na terenie szkoły i nie pociągały za sobą zniszczeń, wybitych szyb, itp. Było spokojnie i bezpiecznie, i na ulicach i w szkołach. A teraz – „O tempora, o mores!”

Podziwiam obecnych dyrektorów, nauczycieli że chcą w tak trudnych warunkach pracować. A jednocześnie cieszę się, że mogłam przekazać pałeczkę dyrektorską osobie, która lepiej, nowocześniej i z pełnym zaangażowaniem prowadzi szkołę, wzbogacając wyposażenie, tradycje, metody pracy na miarę obecnych  przyszłych potrzeb.

I na koniec maleńki dowcip, który niech zamknie moje dyrektorowanie, ale który mam nadzieję, nie będzie o mnie: „Tato, nie pójdę do szkoły, nauczyciele mnie nie lubią, uczniowie mnie nie lubią, nie pójdę. – Ależ dziecko, ty musisz iść do szkoły, przecież jesteś jej dyrektorem”.

Wspomnienia Pani Krystyny Danileckiej-Wojewódzkiej, uczennicy w Zespole Szkół Ekonomicznych w latach 1968-1972, następnie dyrektorki I LO w Słupsku, a obecnie Prezydentki Miasta Słupska, spisane na 40-lecie szkoły

Kiedy myślę z perspektywy 14 lat od ukończenia Liceum Ekonomicznego, myślę o mojej szkole, to uświadamiam sobie, że klamrą spinającą czteroletni w niej pobyt są łzy. Autentyczne łzy.
Płakałam równie szczerze i namiętnie w czerwcu 1968 roku i w czerwcu 1972 roku. Tylko powody były inne. Pierwszy, bo… nie chciałam zdawać do „Ekonomika”. Byłam, wówczas w wieku 15 lat przekonana, że powinnam ukończyć Liceum Ogólnokształcące. Argumentowałam, wydawało mi się przekonywująco: byłam dobrą uczennicą w szkole podstawowej, mierzyłam, że mogę ukończyć studia, wreszcie wiele koleżanek z 8 b właśnie do „ogólniaka się wybierało”. Zdecydowało jednak przekonanie rodziców: „musisz mieć zawód, a potem wybierasz szama”. Płakałam. Potem były łzy po pisemnym egzaminie z matematyki. „Na pewno źle zrobiłam zadania” – przekonywałam czekającego na mnie Tatę. I było mi przykro, bo tego właśnie dnia były Jego imieniny.

Zdałam! Ciągle jednak nie mogę pozbyć się myśli, że jakaś specjalna życzliwość nauczycieli egzaminujących mnie pozwoliła 1 września 1968 roku rozpocząć naukę w nowopozyskanym budynku przy ulicy Partyzantów 24.
Byłam uczennica 1 b, co oznaczało: klasa licealna o specjalizacji ekonomika i organizacji przedsiębiorstw przemysłowych. Oczywiście, zapewne przez przekorę wobec rodziców, początkowo nic mi się w tej szkole nie podobało. A już szczególnie to, że klasa była „babska”. Boże! – myślałam, 4 lata z tymi samymi dziewczynami, a ja zawsze uważałam, że powinnam urodzić się chłopcem.

Śmieję się teraz z tych moich dawnych „wstrętów i fochów”, bo te cztery lata, to – bez fałszywych uniesień – najwspanialszy, najsilniej zakorzeniony w pamięci okres. 
Miałam świadomość, że kończy się ten, szczególnie ważny w moim życiu czas i zapewne dlatego tak trudno było mi powstrzymać łzy, kiedy w imieniu maturzystów Anno Domini 1972 żegnałam nauczycieli, uczniów, SZKOŁĘ. A w tych łzach, których nie mogłam powstrzymać było przede wszystkim, moje osobiste, najszczersze, naturalne i spontaniczne podziękowanie nauczycielom. 
Bo dla mnie szkoła to nauczyciele, a wiedza, którą otrzymałam, to efekt ich pracy. Zawsze wychowywano mnie w atmosferze szacunku do pracy i niemal kultu nauczyciela.

Oczywiście, te sądy Rodziców potem weryfikowałam sama. I podtrzymywałam je. Możliwe to było dzięki postawie samych nauczycieli. Widać, byli naprawdę wartościowi, skoro przez tyle lat doskonale Ich pamiętam. Kiedy po studiach sama zostałam nauczycielką i wychowawczynią, byłam przekonana, że nigdy nie zapomnę mojej pierwszej klasy. A jednak, chociaż od ukończenia przez nich szkoły minęło dopiero 8 lat – wielu zapomniałam. 
Ba! – gdy przeglądam swój indeks, wiele nazwisk moich niedawnych przecież wykładowców jest dla mnie obcych. Nie. Właśnie na studiach zrozumiałam i do tej pory to zdanie głoszę, że najsilniej ukształtowała mnie moja szkoła. Właśnie ta „moja szkoła”. A prawdziwymi „Mistrzami” byli moi nauczyciele. 

Mgr Jerzy Marciniak – wówczas, w latach 1968-72 dyrektor szkoły i mój nauczyciel ekonomii politycznej. Pozostał mi ogromny dla Niego szacunek za wielką życzliwość i otwartość wobec uczniów, za bardzo dobre, interesujące, nieszablonowe pokazywanie nam wiedzy i wreszcie za humor. Tak! Nie zapomnę bowiem primaaprilisowej zabawy, która dzięki poczuciu humoru Pana Dyrektora mogła trwać.
W II klasie postanowiliśmy, że najlepszym dowcipem będzie potraktowanie Dyrektora jako ucznia na lekcji ekonomii prowadzonej przez – wyjątkowo dowcipną i umiejącą improwizować – Krysię Polińską.

Dzwonek na lekcję, Krystyna przy katedrze. Czekamy trochę z lękiem. Wchodzi Dyrektor. Krystyna – pozornie rozgniewana pyta: „Marciniak – znowu się spóźniłeś”. A Dyrektor na to: „Ja bardzo przepraszam Pani Profesor, ale byłem po dziennik”. Po czym przeprosiwszy, że tak długo to trwało, usiadł w pierwszej ławce i był najsurowiej pytanym uczniem, jako że: „moje drogie wychowanki – mówiła Krysia – przybył nam do klasy nowy kolega – sprawdźmy więc, co umie”. Zabawa była wspaniała, a Pan Dyrektor zyskał naszą dodatkową sympatię. I jestem pewna, że na tym polega budowanie własnego autorytetu.

Jestem Dyrektorowi winna takie osobiste wdzięczności, bo dzięki wiedzy, jaką mi przekazał na lekcjach, ekonomia na studiach była dla mnie przysłowiową „pestką”.
Wicedyrektorem szkoły był mgr Mirosław Kondrat – umiłowany nasz historyk, prawdziwie wspaniały pedagog, w którym kochała się zdecydowana większość uczennic. Z prof. Kondratem kojarzą mi się naprawdę tylko dobre wspomnienia. Był zawsze uśmiechnięty – to pierwszy obraz. Albo porządnie zamyślony – to drugi rys do portretu. Zawsze uważnie w skupieniu i z uwagą wysłuchujący każdej informacji, odpowiedzi czy propozycji. Równie wnikliwie analizował sprzeczne racje głoszone podczas burzliwej dyskusji na temat historii. Ujmował nas, niemal emanującą z Niego mądrością i spokojem. A przecież potrafił być bardzo spontaniczny, taki właśnie przyjacielski, by nie rzec „kumpelski”.

I znowu anegdota. Przygotowywaliśmy salę klubową do jakiejś uroczystości po lekcjach. Profesor Kondrat obserwując, jak nadaremnie wspinam się do jej wysokości zaproponował: „Krystyna, jeżeli podskoczysz i dotkniesz lampy – stawiam Ci jutro torbę cukierków.” Podskoczyłam, dotknęłam – na drugi dzień była torba cukierków. Zawdzięczam Profesorowi to, co nazwałabym świadomością społeczną i polityczną.
W klasie III prowadził z grupą dodatkowe zajęcia – kółko historyczne – na którym, już poza programem dyskutowaliśmy o aktualnych wydarzeniach na świecie. Było to między innymi w okresie narastania groźby wojny domowej w Indiach z powodu kwestii narodowościowych.
Pamiętam, jakie byłyśmy dumne, kiedy po jakimś czasie okazało się, że nasza koncepcja zażegnania konfliktu poprzez utworzenie samodzielnego państwa  (Pakistan) okazała się słuszna. 

Ta umiejętność myślenia – to efekt pracy prof. Kondrata. Zawsze pozostanie dla mnie najwspanialszym nauczycielem historii i cudownym przyjacielem młodzieży. Myślę, że wielokrotnie starałam się naśladować Profesora w swojej pracy pedagogicznej, a to chyba dla każdego nauczyciela  dowód słuszności przyjętej postawy.
Gdyby ktoś się spytał, jak to się stało, że spora grupa absolwentów naszej szkoły po jej ukończeniu zdecydowała skutecznie studiować filologię polską, na pewno odpowiedź będzie jednak – fascynacja osobowością prof. Karola Kunza – nauczyciela języka polskiego. I nie są tylko słowa zainspirowane sentymentem wspomnień. Właśnie fascynacja. Wiedzą bardzo rozległą, nie tylko ograniczoną humanistycznym wykształceniem, wspaniałą umiejętnością zainteresowania uczniów podczas wykładów, konsekwencją w egzekwowaniu wiedzy, swobodnym operowaniem cytatami, inspirowaniem dyskusji i – lekko podawanym dowcipem.

Wszystko to powodowało, że bardzo starałyśmy się po pierwsze – „nie podpaść Profesorowi” – po wtóre maksymalnie skorzystać z Jego lekcji. Dodatkowe lektury, aktywność, staranność w pisaniu prac – to, aby zasłużyć na pochwałę. A ona bardzo wiele znaczyła dla nas. Nazwałyśmy Pana Kunza „Najlepszym matematykiem wśród polonistów”, a myślę, że wynikało to z faktu, że chociaż był humanistą, umiał w sposób bardzo przejrzysty wyjaśnić pewne zjawiska literackie.
Pamiętam sytuację, która z perspektywy czasu wydaje mi się zabawna, ale wtedy trochę bulwersowała. Otóż, kiedy koleżanka z I LO dowiedziała się, że dostałam się na studia polonistyczne, stwierdziła: „Wiesz, zrobiłaś mi miłą niespodziankę” – co zabrzmiało zupełnie ironicznie, aż zabolało. Wiadomo! –jak po szkole, takiej – w porównaniu do ogólniaka – marnej, aż (?) na filologię. Ale po chwili dodała – „No tak, ale Ciebie uczył Kunz!”. Miało to zapewne – w moim wówczas poczuciu niższości (co owa koleżanka zakładała) oznaczać, ze Pan Profesor Kunz niejednego „matoła” potrafił czegoś nauczyć. Chociaż, żeby od razu na studia? Bardzo była sceptyczna. Aa teraz obie uczymy w tym „Jej” ogólniaku.

Byłyśmy dumne faktem, że Profesor Kunz był nie tylko doskonałym i bardzo wymagającym polonistą, ale także wiernym kibicem sportowym. Z tego zapewne zrodziła się koncepcja, aby podczas nieobecności prof. Jureko – On właśnie prowadził grupę dziewcząt w szkolnych rozgrywkach piłki siatkowej. A więc jeszcze trener. Ponadto, to właśnie Profesor rozmiłował nas w trudnej, jak dla 16 latek, poezji romantycznej. Zwykł zresztą często powtarzać, że gdyby sam układał program nauczania – literatura romantyczna byłaby dopiero w klasie maturalnej.
To właśnie zauroczenie nas poezją Norwida spowodowało, że zupełnie samodzielnie, w klasie III zorganizowałyśmy wieczorek poetycki z utworami tego poety.
Jakże ważna była dla nas opinia Profesora Kunza. „No, nieźle” – to była ulga, że się udało. A więc Prof. Kunz to była wyrocznia. Ileż dzięki Jego zachętom przeczytało się utworów literackich. Tak bardzo chciałyśmy, aby tym „babom”, z których nieraz kpił niemiłosiernie, czasami powiedziane zostało dobre słowo.

I jeszcze jedno, jak bardzo ważna dla nas – uczennic – dziewczyn, była opinia Profesora – też wychowawcy. Uczył nas tego, abyśmy pamiętały, że należy zawsze umieć zachować się w odpowiedniej sytuacji. Wiele z nas zapewne zapamiętało odpowiedź Profesora na nasze pytanie, jak Jemu podobała się nasza studniówka. Odpowiedział wówczas, że owszem, natomiast wyraził zdziwienie: „jak młoda kobieta ubrana w długą spódnicę może przejść szerokość auli trzema długimi susami?”. Była to oczywiście bardzo czytelna, ale jakże zgrabna aluzja do naszej nieumiejętności „bycia kobietą”. Zapamiętałyśmy aby chodzić zgrabnie. A ponieważ powiedział nam to mężczyzna, byłyśmy też odpowiednio zawstydzone, ale forma spowodowała, że nie obrażone.

Gdy myślę o Profesorze, nasuwa mi się skojarzenie z postawą Wańkowicza – humanisty, doskonałego pisarza – gawędziarza, subtelnego kpiarza, piętnującego wiele naszych ludzkich i narodowych wad. Wiele tych cech – to właśnie Profesor Kunz.

Jeżeli o wszystkich pozostałych nauczycielach mówiłyśmy między sobą – uczennicami, operując Ich nazwiskami, to tylko w dwóch przypadkach pozwalałyśmy sobie na niby poufałość. Kiedy mówiłyśmy „Ania” wiadomo było, że chodzi o Profesor Annę Rzepecką, która uczyła nas fizyki, a w klasie maturalnej też astronomii. Profesor Rzepecka – to była oaza spokoju, wyrozumiałości i przyjaznej tolerancji. Ta sympatia do Pani Profesor nigdy jednak nie wpływała na to, abyśmy pozwoliły sobie być nieprzygotowane do lekcji. Jakimś instynktem czułyśmy, że nie możemy wykorzystywać przyjaźni Pani Profesor dla naszych ułomności zawinionych przez nas. Nieraz zdarzyło się, że dokonywałyśmy surowego sądu nad tymi koleżankami, które „pozwoliły sobie” na – w naszym pojęciu – złe zachowanie. Tak było w przypadku dosyć często powtarzanego, a niemal makabrycznego pomysłu koleżanki, która chcąc uniknąć pytania  z fizyki, tłumaczyła, płacząc przy tym spazmatycznie, że „nie mogła się przygotować, bo umarła jej babcia”. Wielki takt Prof. Rzepeckiej powodował, że nigdy nie wypominała naszej koleżance, że to już chyba szósta babcia zmarła. No cóż, fantazja uczniowska nie zna granic. Ale my, uważając, że zachowanie koleżanki to duża nieuczciwość wobec ukochanej Ani i zwykłe żerowanie na dobrym sercu nauczycielki – ostatecznie zmusiłyśmy koleżankę do nauki. Jak widać, uczyłyśmy się także solidarności wobec nauczycieli.

„Jasiu” – to oczywiście Prof. Jan Redloch – „najwybitniejszy polonista wśród matematyków”. Bardzo dobry matematyk, wobec którego czułyśmy nie tylko lęk i obawę, że „ja tego – Panie Profesorze – nigdy nie zrozumiem”, ale też wielką sympatię. Profesor wydawał nam się początkowo niemal wstydliwym i zażenowanym, kiedy czuł na sobie wnikliwe spojrzenie 40 par dziewczęcych oczu. Oczywiście, kiedy zrozumiałyśmy, że Jasiu zdecydowanie wolałby pracować z chłopcami, świadomie stosowałyśmy cały bogaty wachlarz dziewczęcej kokieterii. A to: „pobrudził Pan sobie marynarkę kredą”. Profesor Redloch oglądał marynarkę. A to; „Profesor chyba się dzisiaj nie ogolił?” Zawstydzony, tłumaczył nam, że ‘owszem, ogolił się, tylko ma taki ciemny zarost, że wygląda jakby nigdy się nie golił.

Oczywiście, nie były to złośliwości z naszej strony. Myślę, że takie uczniowskie „wypróbowywanie nauczyciela”, z czym osobiście zetknęłam się, stojąc już po drugiej stronie katedry, a uczniowie z błyskiem w oku dowcipkowali: „Ale pani profesor ma ładną sukienkę”. Tak więc w I klasie nazwałyśmy Profesora „Jasiem”.
Dla mnie Pan Profesor Redloch stał się niemal prorokiem. Nigdy nie wierzył – i słusznie – w moje matematyczne umiejętności, a żeby to lepiej zobrazować, zwykł mawiać: „Krystyna, kiedy zaczniesz już pracować, powinnaś swoją pensję podzielić do 31 kopert, żeby starczyło ci pieniędzy do końca miesiąca”. Święte słowa – Panie Profesorze – już 15 każdego miesiąca muszę podbierać  z koperty przeznaczonej na 30 dzień miesiąca. 

Bardzo wiele wspomnień, tych pozalekcyjnych, wiąże się z osobą naszej wychowawczyni Prof. Wiesławy Iwaszkiewicz. Oprócz tego, że uczyła nas ekonomiki przedsiębiorstw i statystyki – bardzo dużo wymagając, patronując praktykom zawodowym w zakładach pracy, a potem pomagała przy pisaniu prac dyplomowych była z nami wszędzie. To Jej zasługa, że już w klasie I, 40 różnych dziewcząt, z różnych szkół, nie znających się wcześniej – stanowiło bardzo zintegrowaną grupę. 
A było to szalenie ważne, bo stanowiło jeszcze silniejszą motywację do utożsamiania się z tą nową szkołą. A więc, były niedzielne rajdy nad morze i po słupskich laskach, były sanny po jeziorze Gardno z noclegiem w dawnym pałacyku, a wówczas siedzibą klubu „Ruch”. Były wyjazdy na OHP pod namiotami, wieczorki taneczne, „Andrzejki”, klasowe imieniny. Była tygodniowa wycieczka do Warszawy, zamiast balu maturalnego – nocne wędrowanie brzegiem morza. Była przysięga uroczyście złożona – na wzór zaślubin z morzem – że zawsze o sobie będziemy pamiętały. A potem „dojrzałe tańce” w Usteckim Domu Kultury. 

Bardzo wiele osobistego czasu poświęcała nam wychowawczyni. Uczyła nas przyjaźni wzajemnej, szczerości, umiejętności pomagania sobie i szacunku dla pracy. To dzięki Jej inicjatywie zorganizowałyśmy klasowe kółka przedmiotowe i po lekcjach pomagałyśmy sobie wzajemnie w trudniejszych przedmiotach. Nauczyła nas spontanicznego cieszenia się życiem, ale też racjonalizmu. Stałyśmy się klasą widoczną w szkole, zgraną, inicjującą wiele  szkolnych uroczystości. 
I jest znowu, najprawdziwszy hołd złożony moim nauczycielom, wychowawcom, których zasługą było nie tylko to, że dali nam wiedzę szkolną, ale że nauczyli nas prawdziwie żyć, jakie wartości cenić, co szanować, a co odrzucić, bo jest złem.
Nie sposób jest o wszystkich napisać, ale pragnę raz jeszcze podkreślić, że o wszystkich pamiętam.

I o Prof. Tytusie Migasie, który uczył nas księgowości w sposób, że nawet ja czasami ten przedmiot rozumiałam. Chociaż, dzisiaj nigdy mi się bilans nie zgadza.
Prof. Marii Migas – która dała nam wiedzę o podstawach prawa, ale przede wszystkim była doskonałym „Szefem Kuchni” na niezapomnianych Rajdach Szlakiem Zdobywców Wału Pomorskiego.
O Prof. Edmundzie Iwaszkiewiczu – który pozwolił nam poznać tajniki arytmetyki i zachwycał nas swoją cierpliwością.
O Prof. Krystynie Gruszczyńskiej – uczącej nas geografii, dzięki której owocne były kontakty i spotkania naszej szkoły z załogą MS SŁUPSK.
O Prof. Krystynie Jureko – która wymagała od nas – dziewcząt, abyśmy dbały o swoją sylwetkę i aplikowała odpowiednie ćwiczenia na lekcjach wf. Organizowała takie rozgrywki sportowe między uczniami i nauczycielami, co dodatkowo wzbogacało atmosferę naszej SZKOŁY.

O bardzo urokliwej, cudownej Pani Prof. Marii Mertkowej, która prowadząc bibliotekę szkolną, zachęcała nas do czytania wieloma konkursami. 
Taka była moja szkoła i moi nauczyciele.
I wiem na pewno, że pozostaną w mojej pamięci.
Bo ich wpływ na moje życie, moją postawę, odczuwam nieustannie.

Wspomnienia Pana Mirosława Kondrata, dyrektora Zespołu Szkół Ekonomicznych w latach 1986-2002

Mój związek ze słupskim „ekonomikiem” sięga roku 1963. Wówczas wśród słupskich szkół – Technikum Ekonomiczne było ważną placówką.
Dokonując wyboru swojego miejsca zamieszkania i przyszłej pracy kierowałem się odległością od Gdańska lub inaczej – do Gdańska.

Z radością przyjąłem w Kuratorium Oświaty i Wychowania w Koszalinie wiadomość, iż w Słupsku na mnie „czeka” etat. Czekał na mnie bowiem etat nauczyciela historii – pani Jabłońska przenosiła się do szkoły położonej na południu Polski. Życzliwy wobec mojej osoby stosunek dyrektora szkoły – Jerzego Marciniaka, zadecydował o przyjęciu propozycji pracy. 

Na sierpniowym zebraniu rady pedagogicznej okazało się, że szkoła przyjmuje kilku innych młodych nauczycieli, a wśród nich panie Anna Rzepecka, Wiesława Nacewicz (Kicińska), Danuta Ostrowska, Jerzy Lamęcki, Bolesław Wojtowicz, Wacław Janoszek, Krystyna Jureko.

Pamiętam atmosferę pierwszej rady pedagogicznej. Grono złożone z doświadczonych pedagogów, to: panie Janina Nowicka – nauczycielka rachunkowości, Jadwiga Nieciejowska – nauczycielka języka rosyjskiego, Zofia Karłowicz – nauczycielka języka rosyjskiego, Stanisława Wysocka – nauczycielka matematyki, pan Zenon Wiński – nauczyciel geografii, Władysław Kwapisz – nauczyciel matematyki (przedwojenny inspektor oświaty z Kujaw), pani Maria Mertkowa – bibliotekarz (znawca muzyki i literatury).

Byliśmy młodzi, trochę już „ważni”. Byliśmy grupą uczącą się zawodu, pracujący wśród doświadczonych, bardzo dobrych pedagogów. My Młodzi niewiele różniliśmy się od naszych uczniów, a w szkole wieczorowej wielu naszych słuchaczy było o wiele starszych.
Mówiliśmy więc do naszych Kolegów-pedagogów – pani Profesor, panie Profesorze, a oni do nas Kolego.
Średnie pokolenie – troszeczkę od nas starsi, byli już obeznani ze szkołą i metodami pracy.

Państwo Henryk Jedliński, Karol Kunz, Jadwiga Tyras, Edmund Iwaszkiewicz, Tytus Migas, Bartłomiej Jarominiak – życzliwie podpowiadali albo z nas sobie żartowali.
Wartością szkoły zawsze była umiejętność łączenia bogatego doświadczenia części grona pedagogicznego z młodzieńczym entuzjazmem nowicjuszy.
Szkoła miała szczęście w pozyskiwaniu dobrych, kolejnych roczników uczniów. Widoczne były sukcesy sportowe szkoły, jak i udział w konkursach wiedzy.
Absolwenci technikum, jak i zasadniczej szkoły zawodowej podejmowali swoją pierwszą pracę zawodową w Słupsku i na terenie województwa koszalińskiego.
Zdolni i ambitni szli na studia do uczelni Gdańska, Torunia i Szczecina.
W latach siedemdziesiątych szkoła stała się Zespołem Szkół Ekonomicznych, a Liceum Ekonomiczne, będące częścią szkoły, za patrona przyjęło Stanisława Staszica.
Sukcesy szkoły dokumentują karty kronik szkolnych. Lata dziewięćdziesiąte przyniosły szkole olimpijczyków, laureatów Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej.
Praca wychowawcza z patronem szkoły uwidoczniła się w Klubie Szkół Staszicowskich. Dwukrotne zwycięstwa naszych uczniów w Ogólnopolskim Konkursie Wiedzy o Patronie i Jego Epoce wzmocniły pozycję słupskiego „ekonomika” wśród szkół staszicowskich w kraju. 

Kolejne jubileusze szkoły – 40 lecia, 50 lecia, ukazały, jak wielką rolę odgrywa szkoła kształcąca młodych ekonomistów.

Uczniowie i nauczyciele umieli zawsze wykorzystać czas nauki i pracy. Poznawanie w murach szkoły praw rynku i wartości pieniądza, prowadzenie małych firm w ramach pracowni symulacyjnej, stawało się dla wielu początkiem drogi awansu.
Po latach wracają do szkoły, a wspomnienia przywołują to, co najpiękniejsze – przyjaźń koleżeńską, zrozumienie mądrego nauczyciela a czasem małe i duże radości.
Słupsk, 30 marca 2002 r.

Wspomnienia Kamili Wójcik (dziś: Kowalskiej), uczennicy klasy humanistycznej IX Liceum Ogólnokształcącego w ZSEiO w latach 2007-2010

Czasy liceum hmm…. Cóż o nich napisać, dla mnie były to czasy zabawy, beztroski i wspaniałych przyjaciół. To tutaj pojawiły się pierwsze miłości, zauroczenia i wyzwania powiedzmy dorosłego życia. Był to też pierwszy raz, kiedy moje życie wyszło z małej miejscowości, jaką było Redzikowo, do, moim zdaniem, „dużego” miasta. 
No ale tak po kolei: był rok 2007 - koniec gimnazjum, testy i wybór liceum, musimy podjąć decyzję: co dalej. No więc zaczynam szukać, wiedziałam, że interesuje mnie profil humanistyczny, więc jakoś nie brałam Ekonomika w ogóle pod uwagę, bo gdzie humanista w szkole dla matematyków. 

Raczej stawiałam na liceum przy ulicy Mickiewicza albo Krzywoustego, ale w pewnym momencie okazało się, że w tak zwanym  „Ekonomiku” istnieje liceum i ma całkiem dobre opinie oraz że pierwszy raz w historii szkoły otwierają w nim klasę humanistyczną. Namówiona przez koleżankę zapisuję tę klasę jako drugi wybór. Kiedy przychodzą wyniki testów, odkrywam, że mam dostatecznie dużo punktów, aby dostać się do liceum przy ulicy Krzywoustego, jak i do Ekonomika. Po wielu przemyśleniach, z tego co pamiętam chyba wygrała kwestia dojazdu, decyduję się jednak na szkołę przy ulicy Partyzantów i nigdy nie żałowałam tego wyboru. 

Z początkiem września zaczyna się wielka przygoda mojego życia. Poznaje nową klasę, która okazuje się wybitnie feministyczna, w całej grupie mamy tylko trzech chłopaków. Naszym wychowawcą zostaje Pani Barbara Miedziewska, nauczycielka niemieckiego, z którym ja nigdy nie miałam nic wspólnego.  Pani Profesor jako wychowawca potrafiła nas zintegrować ze sobą, zawsze służyła pomocą i radą. Cieszyła się z naszych sukcesów. W każdej sytuacji mogliśmy na Nią liczyć.  
Największym moim zdziwieniem pierwszych dni w szkole był jej układ. Na przerwie można było się szukać i nie znaleźć w tych wszystkich korytarzach i piętrach szkoły. Na dole był sklepik - miejsce strategiczne każdego spotkania. Lekcje natomiast odbywały się nie tylko w głównym budynku szkoły, ale i w internacie, do którego trzeba było dojść wychodząc za ogrodzenie szkoły. To właśnie tam mieściła się nasza sala i tam chodziliśmy na lekcje z języków obcych. Obok szkoły  były tez baraki, gdzie zimą i latem  było zimno. Tam odbywały się zajęcia z chemii, geografii, dalej była sala gimnastyczna.   

W szkole była też harcówka, gdzie zdarzyły nam się zastępstwa na samym początku naszej edukacji. Swoją drogą fajnie było tam się schować podczas przerwy albo okienka. Właśnie okienka też były dla mnie nowością. Bo jak to tak, można było posiedzieć  w szkole dłużej niż przerwa, bez nadzoru nauczycieli, których w tej szkole nazywano profesorami. Tak, tutaj do każdego nauczyciela mówiliśmy Pani albo Pan Profesor.

Kiedy poznaliśmy szkołę, przyszła pora na resztę nauczycieli, są wśród nich tacy, do których mam szczególny sentyment: Pan Profesor Mojsiuk z gitarą, grający na lekcji w auli i prowadzący nasze kochane kółko teatralne, z którym wystawiamy jasełka, apele okolicznościowe czy przedstawienia profilaktyczne. Z jednym z tych przedstawień udało nam się zdobyć główną nagrodę w konkursie gminnym i pojechać na dalszy etap do Gdańska. Był również Pan Profesor Stempkowski i słynna dyskusja szkolna w auli o nowych sposobach pozyskiwania energii, do dzisiaj pamiętam, że ja byłam w grupie broniącej farm wiatrowych, a mój serdeczny kolega Marcin bronił elektrowni atomowych. Był również Pan Profesor Majkowski i Jego słynne na cały Słupsk zajęcia z PO, a i indywidualny sposób wywoływania do odpowiedzi, kiedy zapraszał nas do odpowiedzi  np. „Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia z numerem 15 (Taki był mój numer z dziennika) albo „Dzisiaj odpowiada Mała Czarna z trzeciej ławki”. Kolejnym nauczycielem, którego pamiętam, jest Pani Profesor Szwochertowska, która rwała włosy z głowy, żeby nas nauczyć matematyki, bo przecież ta szkoła słynie z matematyków, a my ni w ząb nie łapaliśmy, o co w niej chodzi. Historii uczyła na nas Pani Profesor Miluska - pasjonatka dat i wydarzeń historycznych.

 No i przyszedł czas na Panią Profesor Agatę Marzec - nauczycielkę języka polskiego, która była nam chyba najbliższa, ponieważ lekcji z nią mieliśmy najwięcej.  Ratowała nas z opresji i broniła, kiedy coś nabroiliśmy, to z nią powstało słynne jako „Tabula Ovo” jajo ozdobne, kiedy zapomnieliśmy z klasą je pomalować przy okazji świąt Wielkanocnych i było jedynym białym jajem na holu. Troszeczkę zrobiła się z tego afera w szkole, ale jajko zostało ozdobione humanistycznym napisem, które My humaniści rozumieliśmy jako przesłanie. Pani Profesor zawsze służyła radą i pomocą, czasem nawet wypuszczała nas kilka sekund przed dzwonkiem, abyśmy mogli zdążyć na długiej przerwie po cieplutkie,  dopiero wyciągnięte z pieca pączki (szczególnie z toffi) do pobliskiej piekarni. Za naszych czasów były tam kolejki przez cały chodnik. Raz nawet udało nam się zorganizować „lekcję w plenerze” (żeby nie powiedzieć – wagary), na którą kartką na drzwiach zaprosiliśmy Panią Profesor. Przyszła. Była Ona dla Nas jak drugi wychowawca, stało się to pewnie ze względu na dużą liczbę godzin, ale także przez to, że rozumiała nas, wiedziała, że jest nam ciężko spełnić wymagania szkoły matematycznej, wspierała i doceniała. Czuliśmy się wyróżnieni, kiedy zaczynała rozmawiać z nami na poważne tematy wychodzące poza ramy programu. Do dzisiaj pamiętam tez kolorowe stylizacje Pani od polskiego. 
Na lekcjach, licznych próbach koła teatralnego, przerwach ze znajomymi minęły dwa lata szkoły. Przeżyliśmy cudowne połowinki na auli w szkole, pierwszy mój prawdziwy bal.

W 2010 przyszła klasa trzecia, w której czuliśmy się ważni, bo byliśmy najstarsi. Klasa maturalna uciekła szybko, najpierw czekaliśmy na studniówkę, liczne fakultety z przedmiotów maturalnych zajmowały nam czas. Pani z matematyki wiecznie martwiła się, jak my napiszemy jako pierwszy rocznik obowiązkową maturę z matematyki, na szczęście wszystkim się udało i daliśmy radę. 

Po studniowce odbyła się jeszcze dwudniowa wycieczka klasowa, po której ekspresowo przyszedł czas pożegnania szkoły. Odświętny dzień kiedy po raz ostatni pożegnaliśmy „Ekonomik”. Do dzisiaj mam przemówienie naszego kolegi Piotra, który żegnał w naszym imieniu Radę Pedagogiczną i mury szkoły. Spotkaliśmy się później wszyscy jeszcze na maturach ustnych i pisemnych, ale nasze przejęcie było tak wielkie, że nie mieliśmy nawet nastroju na żarty.

 Były ambitne plany, żeby się spotkać jeszcze raz już po egzaminach, ale jakoś do dnia dzisiejszego nam się nie udało. Z większością osób z klasy niestety nie utrzymuję kontaktu, jakoś nasze drogi rozeszły w dorosłym życiu, ale zawsze miło wspominam czas spędzony wspólnie w klasie C. 
Wydaje mi się, że byliśmy wielkim wyzwaniem dla szkoły, w której nie zwyczajni byli uczyć humanistów, ale przez to zapisaliśmy się na pewno na długie lata w pamięci i historii szkoły. 

Wspomnienia Patryka Bochniaka, ucznia ZSE w latach 2012-2016 i Przewodniczącego Samorządu Uczniowskiego, spisane w grudniu 2020 roku

Nauka w „Ekonomiku” zaczęła się dla mnie dosyć przypadkowo i dziś mogę stwierdzić, że był to jeden z moich najlepszych życiowych przypadków. Miałem kształcić się w innym zawodzie i w innej szkole, ale przyciągnęła mnie oferta nowego kierunku – technik cyfrowych procesów graficznych. Drżałem do samego końca rekrutacji, gdyż okazało się, że na ten kierunek jest bardzo mało chętnych i obawiałem się, że klasa może nie być utworzona. Przez chwilę myślałem nawet, czy by nie przenieść swoich dokumentów do innej szkoły, ale na szczęście poczekałem do końca rekrutacji. Udało się i naszą malutką grupę „cyfraków” połączono z młodymi ekonomistami.

Przez pierwsze dwa lata naszym wychowawcą była Pani Alicja Januszewska-Pająk – świetny pedagog i matematyk. Pamiętam jak pewnego dnia Pani profesor wzięła mnie na rozmowę i powiedziała, że „taki dobry chłopak nie może mieć u mnie z matematyki mniej niż trzy”. Zadziałało to na mnie bardzo motywująco i udało się wyciągnąć mierne oceny, mimo że wówczas matematyka nie była moją mocną stroną. Niestety w pierwszej klasie nie udało mi się zdobyć świadectwa „z paskiem”, co również zasmuciło Panią profesor, ale podczas zakończenia roku obiecaliśmy sobie, że za rok wręczy mi świadectwo z wyróżnieniem. Udało się i dwanaście miesięcy później Pani profesor wręczyła mi świadectwo „z paskiem”, a sama odeszła na emeryturę szczęśliwa. Przez dwa kolejne lata moim wychowawcą był równie dobry pedagog – Pan Tomasz Stempkowski, z którym dzielę pasję do książek i historii. Niektórzy nawet się śmieli, że jesteśmy bliźniakami ze względu na wzrost, brodę i wspólne zainteresowania. Moja klasa miała szczęście, że trafiła na tak dobrych wychowawców, którzy zawsze byli chętni do pomocy i wykazywali niemałą troskę.

Właśnie podczas nauki w „Ekonomiku” wróciłem do pisania, do którego pasja tliła się we mnie od dziecka. Wszystko zaczęło się podczas lekcji języka polskiego, kiedy to toczyłem dyskusję z Panią Marią Rój-Krupińską o ideałach. Pani profesor uważała, że ideały istnieją, a ja stanąłem w opozycji do tego stwierdzenia i napisałem wiersz „Nie ma ideałów”, który wyrecytowałem na jednej z kolejnych lekcji. Pozytywny odbiór mojej twórczości przez Panią Marię wpłynął na mnie motywująco i wróciłem do aktywnego pisania. W trzeciej klasie pod okiem Pani profesor napisałem pracę naukową „Staszicowska koncepcja rozwoju dziejowego ludzkości”, dzięki której znalazłem się w gronie laureatów ogólnopolskiego konkursu szkół staszicowskich. W związku z tym wyróżnieniem mogliśmy razem pojechać w okolice Płocka na sympozjum szkół staszicowskich, gdzie nad malowniczym jeziorem długo rozmawialiśmy o literaturze i twórczości. Wówczas nie spodziewałem się, że jeden wiersz napisany na lekcję języka polskiego przyczyni się do tego, że za kilka lat będę miał wydane trzy książki, a czwarta będzie w drodze.

Oczywiście jednym z najlepszych wspomnień związanych z nauką w „Ekonomiku” są dwa lata, podczas których piastowałem stanowisko Przewodniczącego Samorządu Uczniowskiego. Ogromną radość sprawiało mi to, że razem z pracowitą ekipą mogliśmy realizować inicjatywy, które ożywiały społeczność Ekonoma. Właśnie podczas tych dwóch lat zainicjowaliśmy takie wydarzenia jak „Śniadanie na trawie” czy „Mikołajkowe rozgrywki klasowe”. Jestem wdzięczny za to, że dyrekcja i cała kadra szkoły pomagała nam w realizacji naszych pomysłów i nikt nie robił nam problemów, nawet jeśli trzeba było poświęcić obecność na kilku lekcjach. Dzięki tej wyrozumiałości uczniowie jeszcze chętniej angażowali się w przygotowanie wszelkich inicjatyw i pracowało się lepiej.

Bardzo miło wspominam także współpracę ze szkolnymi pedagogami, a zwłaszcza z Panią Katarzyną Byczkowską. Pani Kasia angażowała mnie w różne inicjatywy, a także znajdowała ciekawe konkursy, w których mogłem wziąć udział. Owocem tej współpracy było wyróżnienie w powiatowym konkursie na zakładkę do książki z informacjami dotyczącymi AIDS czy trzecie miejsce w wojewódzkim konkursie „Dopalacze – to nie dla mnie!”. Udało nam się nawet wskrzesić szkolną gazetkę, którą wydawaliśmy w formie elektronicznej. Jestem bardzo wdzięczny Pani Kasi za to, że zobaczyła we mnie potencjał i pomogła mi się realizować przez wszystkie lata nauki w „Ekonomiku”. Dzięki jej staraniom w klasie maturalnej dostałem stypendium za działania społeczne i środki te pomogły mi w realizacji pasji oraz w solidnym przygotowaniu do matury.

Moje najpiękniejsze wspomnienia związane z nauką w „Ekonomiku” nie wiążą się jednak tylko z przebywaniem w samej szkole, gdyż podczas czterech lat nauki aż trzy razy mogłem brać udział w wyjazdach zagranicznych. Pierwszym z nich był wyjazd w ramach programu „Experience Europe” do Stambułu, gdzie wziąłem udział w warsztatach językowo-kulturowych, ale przede wszystkim przez tydzień mogłem zobaczyć jak wygląda życie codzienne tureckiej rodziny. Była to niesamowita przygoda, którą z pewnością zapamiętam do końca życia. Wyjazd ten z pewnością przełamał moje bariery językowe i rozpalił chęć do poznawania dalszych zakątków świata. W tym samym roku miałem przywilej brać udział w praktykach zagranicznych i spędzić trzy fascynujące tygodnie w Berlinie. Dzięki świetnej organizacji praktyk mogliśmy pracować w międzynarodowej firmie, mieszkać u niemieckiej rodziny oraz korzystać z uroków tego pięknego miasta. Wyjazd ten nauczył mnie samodzielnego funkcjonowania w wielkiej metropolii, co przydało się później gdy przeprowadziłem się do Gdańska. Ostatnim moim wyjazdem zagranicznym w „Ekonomiku” była wymiana w Bad Salzungen, gdzie mogliśmy skorzystać z uroków położonego w górach uzdrowiska. Wyjazd nie zaczął się najlepiej, gdyż staliśmy w czternastokilometrowym korku na obwodnicy Berlina, ale późniejsze kąpiele w solance wszystko nam wynagrodziły. Jestem ogromnie wdzięczny, że nauka w „Ekonomiku” pozwoliła mi także na takie wyjazdy, których mógłbym nie uświadczyć w innych szkołach, gdyż to właśnie my wiedliśmy wówczas prym wśród słupskich szkół jeśli chodzi o takie wyjazdy. Pamiętam jak raz zostałem zaproszony na wywiad w lokalnej telewizji, podczas którego miałem opowiadać właśnie o tych wyjazdach. Byłem dumny, że mogę reprezentować szkołę, która organizuje dla swoich uczniów tak wspaniałe i rozwijające inicjatywy.

Wspominając naukę w „Ekonomiku”, automatycznie przychodzą mi do głowy ciepłe myśli dotyczące całej kadry pedagogicznej, dyrekcji i innych pracowników szkoły. Naprawdę jestem wdzięczny, że trafiłem na tak dobre osoby, które w swojej pracy przełamywały schemat uczeń-biurko-nauczyciel i były dla nas jak przyjaciele. W takich warunkach lepiej przyswajało się wiedzę i każdy dzień nauki w „Ekonomiku” był dniem radosnym. Jeździłem do szkoły ponad czterdzieści kilometrów i codziennie wstawałem o godzinie piątej, ale zawsze było to wstawanie radosne. Dlaczego? Wiedziałem, że jadę do miejsca, w którym mogę zdobywać potrzebną wiedzę i realizować się na różnych płaszczyznach. Wiedziałem, że jadę do miejsca, w którym będę ciepło przywitany od samego wejścia i w którym nie jestem intruzem, tylko jednostką w którą ta szkoła chce inwestować.

Bardzo ciężkie było dla mnie odejście z Ekonomika, ale od początku przecież wiedziałem, że taka jest kolej rzeczy. Czas płynął coraz szybciej i nagle okazało się, że mamy wiosnę 2016 roku i czas pożegnać się z ukochaną szkołą, miejscem do którego chętnie przyjeżdżałem od czterech lat. Dzień zakończenia szkoły był pełen łez i smutku, ale także radości z tego powodu, że mogłem odejść z poczuciem dobrze wykonanej roboty. Świadectwo z wyróżnieniem i specjalna nagroda „Staszic” w kategorii „wyjątkowa osobowość” były udokumentowaniem tego, że zrobiłem w tej szkole już wszystko co trzeba i że czas zejść ze sceny, by działać mogły kolejne roczniki. Odszedłem naprawdę spełniony i szczęśliwy, dobrze przygotowany na kolejne życiowe wyzwania. Moje dalsze lata życia są przykładem tego, że „człowiek może wyjść z „Ekonomika”, ale „Ekonomik” z człowieka nie wyjdzie nigdy”, gdyż skończyłem na studiach ekonomicznych, mimo że technikiem ekonomistą nie jestem.

Wspomnienia Piotra Kaczkowskiego, absolwenta klasy o profilu matematyczno-informatycznym w IX LO przy ZSEiO w Słupsku w latach 2007-2010

Sierpień 2010. Chyba każdy zna ten rodzaj stresu: tzw. lęk przed nieznanym. Około tydzień przed rozpoczęciem nowego etapu życia, jakim było rozpoczęcie nauki w szkole średniej, trafiłem na spotkanie zapoznawcze. Kto z kim i dlaczego wyjaśnione w ciągu mniej niż 60 minut. „Fajnie będzie poznać tych wszystkich ludzi, z którymi spędzę najbliższe 3 lata życia” – pomyślałem sobie, choć z drugiej strony znałem już ich twarze. Początek mojej przygody z „Ekonomikiem” zbiegł się w czasie z wybuchem popularności portalu zrzeszającego osoby ze szkolnych ławek. Niby jeszcze nie byłem pełnoprawnym członkiem tej społeczności, a już czułem się jako jakaś ważna jej część. Tak... Swobodnie, luźno. Jakby wszystko miało być po prostu dobrze – bo tak.

Wróćmy do spotkania organizacyjnego. Zostało ono poprowadzone przez przydzielonego nam wychowawcę – nauczyciela wychowania fizycznego, Pana Andrzeja Symonowicza. Wtedy oblał mnie pierwszy zimny pot. Z poprzednich szkół doskonale wspominam zamienianie godzin wychowawczych na lekcje konkretnych przedmiotów (w zależności od specjalizacji wychowawcy), więc i tym razem zacząłem się obawiać – będą dodatkowe lekcje WF-u? W niektórych głowach taka myśl mogłaby być wypowiedziana wręcz z radością. Dla mnie była to niestety czarna wizja (ciężko cieszyć się z potencjalnie dodatkowego wysiłku fizycznego, będąc arcyleniem w tej dziedzinie). Cieszę się, że z biegiem czasu nasz wychowawca dał się poznać jako zupełnie inny człowiek w stosunku do tego, jakim go sobie wyobrażaliśmy. Mieliśmy u niego pewną swobodę w tym, jak się wzajemnie traktowaliśmy – zawsze jednak z pełnym szacunkiem.

Pierwsze miesiące przebiegały w swego rodzaju euforii. Ilość nowych rzeczy powodowała ekscytację. Na początku największym problemem było odnalezienie się w układzie pomieszczeń. W głównej kondygnacji budynku przy ul. Partyzantów odnaleźć się nie było trudno. Problem zaczynał się w momencie, kiedy trzeba było dotrzeć do harcówki albo baraków. Ta pierwsza zresztą dostała nawet swoją dodatkową, alternatywną nazwę: hardkorówka. Wszystko przez to, że było to najbardziej oddalone pomieszczenie od głównego wejścia do szkoły. Chyba nawet sala gimnastyczna była bliżej... Dodatkowym czynnikiem zainteresowania były tajemnicze drzwi umieszczone z tyłu tejże sali – nigdy nie otwierane rozpalały naszą wyobraźnię. Do czasu, kiedy dziwnym zbiegiem okoliczności faktycznie udało się je otworzyć i zbadać to, co się za nimi znajdowało. Jednakże co działo się w szkole – zostaje w szkole.

Wspomniane wcześniej baraki były chyba najbardziej znienawidzonym miejscem spośród wszystkich miejsc na terenie szkoły. Ciemno, zimno... I zazwyczaj odbywały się tam ostatnie lekcje, przy których zmęczenie po całym dniu dawało się we znaki. Choć najczęściej były to te luźne lekcje, z których najprzyjemniej wspominam muzykę z panem M. Mojsiukiem. Nie mogę zliczyć ile piosenek razem prześpiewaliśmy (Diabła i Anioła podśpiewuję sobie po dziś dzień, choć to już prawie 11 lat, odkąd nie ma mnie w szkole!). Przy takiej atmosferze nawet chłód i niedostatek światła dziennego zdawały się schodzić na drugi plan. 
Jeśli chodzi o ciepło, to nigdy nie brakowało go nam na lekcjach matematyki z Panią J. Słoniewską. Na samą myśl niektórym robiło się ciepło. Osobiście mógłbym ją porównać do pewnego celebryty - Gordona Ramsay. Tak jak on dużo krzyczała komentując w swoim unikalnym stylu nasze zdolności matematyczne (jednakże równie często dotyczyło to ogólnego zachowania całej klasy), ale dla każdego, kto choć trochę chciał wyciągnąć coś z lekcji miała naprawdę dużo cierpliwości. Ci zaś, którzy opanowali materiał – mieli prawdziwą sielankę. Siedząc w szkolnej ławce nie zawsze było mi do śmiechu. Po latach jednak z ogromnym uśmiechem na ustach wspominam każdy przytyk.

Wśród ówczesnych nauczycielek była jeszcze jedna osoba, z którą lepiej było się nie wdawać w dyskusję – Pani I. Miluska, która wtedy uczyła nas historii. Jej ulubioną metodą na zaprowadzenie porządku w klasie było „Wyciągamy karteczki”. Po dziś dzień nie jestem w stanie pojąć, czemu postanowiłem któregoś razu się temu przeciwstawić, cytując wtedy „paragraf 8, punkt drugi, podpunkt c” wewnątrzszkolnego systemu oceniania. Punkt ten dotyczył właśnie kartkówek i stanowił, że kartkówki muszą być zapowiadane zarówno co do terminu jak i zakresu materiału. Z pewnym sentymentem wspominam pełną gracji odpowiedź Pani Profesor: „Piotr, zaufam Ci w tej kwestii, ale na jutro to sprawdzę. Wy, klaso, przygotujcie się na kartkówkę na następnej lekcji.” Faktycznie - następną lekcję zaczęliśmy co prawda od kartkówki, ale razem z nią od przyznania mi racji, że było tak, jak powiedziałem. Zachęcony owocami mojego buntu postanowiłem kilka razy jeszcze na tym skorzystać, zawsze z innym nauczycielem. W gronie nauczycieli była tylko jedna osoba, która wiedziała jak to obejść – a i tak korzystała z tego nadzwyczaj rzadko.

Spędziłem tam tylko trzy lata, a wydarzyło się tak wiele, jakby trwało to dwa razy dłużej. Mógłbym jeszcze wspomnieć o Bratniaku, o samorządzie uczniowskim, w którym czynnie się udzielałem, o okienkach spędzonych na grze w ping-ponga (a jednak posiadanie wychowawcy ‘wuefisty’ ma swoje dobre strony!). W myśl powiedzenia zza oceanu „Co dzieje się w Vegas, zostaje w Vegas” - Dla niektórych historii będzie lepiej, jeśli zostaną one w pamięci tych, którzy je współtworzyli. Niektóre historie nie nadają się do przeniesienia na papier, nie brzmią wtedy tak, jak powinny brzmieć. Te lepiej opowiedzieć na żywo. Po prostu pozwolić sobie na chwileczkę zapomnienia przy małej, czarnej, zabielanej, z cukrem... Kawie oczywiście.

Wspomnienia Weroniki Kiełpińskiej, uczennicy klasy o profilu technik ekonomista w Zespole Szkół Ekonomicznych (wychowawca: Anna Jachurska) w latach 2016-2020

  1. Początki
Pierwszy rok zaczęliśmy biwakiem klasowym, który bardzo pomógł nam poznać się lepiej i zakolegować. Pamiętam, że przegadałam z dziewczynami prawie całą noc! Siedziałyśmy u nas w domku w około 10-12 osób i  wygłupiałyśmy się. Nasza wychowawczyni byłą oczywiście z nami.
W nocy, gdy już czułyśmy, że niedługo zaśniemy, nadal nikomu nie chciało się wracać do swoich domków. Jak dziś pamiętam poranek, gdy w 5 osób pomieściłyśmy się na łóżku jednoosobowym - spałyśmy w poprzek! Nie wiem, co miałyśmy wtedy w głowach, ale nie narzekałyśmy. Osobiście zawsze byłam i będę fanką wyjazdów i integracji klas poza terenem szkoły - wtedy poznajemy siebie zupełnie inaczej.
  1. Persymona
Żeby opowiedzieć o „Persymonie”, muszę się najpierw cofnąć do Pikniku z Ekonomikiem w 2016 r. Chwilę po biwaku, gdy już cokolwiek o sobie wiedzieliśmy, kolejną integracją był dla nas wspomniany Piknik. Na biwaku okazało się, że razem z Olą Awiżeń bardzo lubimy śpiewać i obie słuchamy Amy Winehouse, ale nie miałam pojęcia, że to pociągnie za sobą taki skutek. Na Pikniku była inicjatywa pod hasłem: „Mam talent”, więc w pewnym momencie Ola po prostu poszła do (wtedy jeszcze nam nieznanego) pana Mariusza Mojsiuka i zapisała nas w duecie do piosenki Amy. Byłam w ogromnym szoku, bo nie spodziewałam się takiego obrotu spraw! Ola dosłownie zaciągnęła mnie na scenę i kazała śpiewać. Byłyśmy zestresowane (chociaż Ola nie zdawała się wcale nie denerwować), bo występowałyśmy przed ledwie znanymi nam osobami i nowymi nauczycielami. Myślę, że poszło nam całkiem nieźle, mimo że nie dostałyśmy nagrody (okazało się, że konkursie tym chodziło głównie o dzieci, a my byłyśmy „nadprogramowe”). Mimo to nasza wychowawczyni powiedziała, że nie zostawi nas w spokoju i będzie nas pchała na scenę. Planowo to ona miała prowadzić tegoroczne pasowanie, więc poznała nas z panem Mojsiukiem, by ten wiedział, że występujemy. I tak zaczęłyśmy z Olą naszą przygodę ze śpiewaniem w Ekonomie.

Na pasowaniu i otrzęsinach wystąpił jeszcze jeden chłopak, który grał na gitarze- Dawid Jońca. Wiedziałam, że to kwestia czasu, żebyśmy założyli z Olą, Dawidem i Jackiem Grzenkowiczem (który na biwaku pochwalił się swoim talentem) zespół. W tamtych czasach Filip Budynek był już w drugiej klasie, więc jego nazwisko było już wszystkim dobrze znane, a więc i my usłyszeliśmy o jego talencie. W listopadzie zaczęliśmy pierwsze próby i w konkursie mikołajkowym organizowanym przez Słupski MDK wzięliśmy już udział pod nazwą “The Blue Band”, ponieważ nie wymyśliliśmy do tamtego czasu jeszcze nic innego. Dzięki znajomościom Filipa i Jacka wystąpiliśmy również w Objezierzu i na WOŚP-ie w Główczycach.

Na jedną z prób przyniosłam ze sobą mój ulubiony sezonowy owoc - kaki. Wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że jest niedobry i smakuje jak cebula. Faktycznie, chyba trafiłam na zły okaz, ale dzięki temu sprawdziliśmy w internecie, czym kaki dokładnie jest. I dowiedzieliśmy się. Kaki, czyli persymona. Jednogłośna dezaprobata owocu przez członków zespołu stała się na tyle charakterystyczna, że stwierdziliśmy, że tak właśnie nazwiemy nasz band.
  1. Praktyki
Na przełomie maja i czerwca 2018 r. wzięłam udział w praktykach zawodowych w Bolonii, które również okazały się przełomowe, bo dzięki nim pokochałam kulturę włoską i teraz studiuję italianistykę! Ciężko było wybrać najciekawsze wspomnienia, bo przez te trzy tygodnie zrobiliśmy możliwie najwięcej, ile się fizycznie dało zrobić/zwiedzić/zobaczyć. Na pewno zaskakujące było to, jak bardzo podważyliśmy potęgę włoskiego słońca. Na plaży w Rimini raczej każdy smarował się filtrami, było parę ochotników do złapania włoskiej opalenizny, ale nie skończyło się to najlepiej. Prawie każdy z nas wrócił poparzony, a te kilka ochotniczek skończyło z plamami od poparzeń na nogach. Ja miałam opalony „rondel” na twarzy, bo mądrze posmarowałam nos... tylko nos. Jednak to nie było w tym wszystkim najgorsze, bo następnego dnia mieliśmy umówioną wycieczkę do Florencji. Wszyscy baliśmy się stania w słońcu i palenia już i tak spalonej skóry. Pani Buca dzielnie chodziła wieczorem od pokoju do pokoju i przypominała o zasłonięciu ramion, bo się popalimy. Zabraliśmy ze sobą nawet parasolki, żeby się schować, dziewczyny pożyczały sobie wtedy sukienki, żeby nie męczyć czerwonych od słońca nóg w spodniach. Koniec końców jedyną osobą z odsłoniętymi ramionami była właśnie pani Buca, a przewodniczka okazała się na tyle wyrozumiała i kochana, że pokazała nam całą Florencję z takiej perspektywy, że wszyscy mieliśmy miejsce w cieniu!

Nasza „Persymona” dotarła też do centrum Bolonii. Któregoś dnia, gdy szliśmy całą grupą deptakiem, usłyszeliśmy artystę ulicznego, który zebrał wokół siebie masę ludzi. Dołączyliśmy do nich, żeby posłuchać chłopaka. Chwilę później pamiętam tylko, że miałam już mikrofon w ręku, Ola też, a Dawid już stroił gitarę. Zagraliśmy parę piosenek, zapewne rozpędziliśmy kilka osób, ale Samuel (chłopak, który pozwolił nam ukraść sobie show) powiedział, że właśnie dla takich momentów chce mu się dawać występy. Po powrocie do akademika dowiedzieliśmy się, że graliśmy ramię w ramię z finalistą włoskiego The Voice of Italy!

Wydaje mi się, że Bolonia zdecydowanie słyszała, że zagościł u niej słupski Ekonomik. Praktycznie co wieczór wychodziliśmy do centrum, na stary rynek, na koncerty, które aktualnie miały miejsce. Gdy kiedyś wyszliśmy (mając ochotę zobaczyć jakiś koncert) i nic się na rynku nie działo, to sami wyciągnęliśmy głośniki i zaczęliśmy tańczyć belgijkę, “macarenę” i wszystko, co nam się tylko zachciało. To był super wieczór.
Po wyjeździe wróciliśmy o 10 kg ciężsi, ale też szczęśliwsi.
  1. Zjazd Absolwentów 2019
To był bardzo szczęśliwy dzień. Jeden z ostatnich w starym budynku przy ul. Partyzantów. Ten występ miał zupełnie inną atmosferę niż dotychczasowe. Tym razem to nie byli zwykli goście ani zwykły występ. Pan Mojsiuk świetnie połączył występy wokalne z częścią teatralną i zrobił z tego po prostu widowisko. Widok tłumu osób, które tak jak ja chodziły do tej samej szkoły i przeżywały podobne problemy, napawał mnie ogromną dumą, że znalazłam się we właściwym czasie i momencie. Miałam nawet szanse wystąpić w jednym utworze ze wspaniałą polonistką panią Marią Rój-Krupińską oraz absolwentką Ekonomika Kornelią Klimczuk. Uczennica, absolwentka i nauczycielka w jednym utworze było, myślę, fajnym nawiązaniem, czym jest społeczność Ekonomika i jak potrafi łączyć.
Tamtego dnia oczywiście każdy występ był przemyślany i z przesłaniem, ale ten zapamiętamnajdłużej.

  1. Kopciuszek
Świetną anegdotą wydaje mi się również historia z przedstawieniem reżyserowanym przez super duo - Pana Mariusza Mojsiuka i Pana Tomasza Stempkowskiego pt.: „Kopciuszek”. W spektaklu brali udział uczniowie i nauczyciele, którzy ewidentnie mieli z tego masę radochy! A widok śpiewającego pana Stempkowskiego, tańczącego królewicza Filipa i wściekłej siostry - Pana Mojsiuka nie wyjdzie już nigdy z mojej głowy.
  1. Święta
Potyczki językowe, dni Święta Ekonomika, Rekordy Ekonomika, potyczki mikołajkowe, zakończenia roku, rozpoczęcia, otrzęsiny, przedstawienia i wszystkie inne dodatkowe atrakcje okazały się być zupełnie trudniejsze do zorganizowania, odkąd dołączyłam do „drużyny organizującej” i miałam szanse patrzeć na te wszystkie inicjatywy zza kabelków i całego sprzętu, który był wymagany. Nawet zwykłe zatańczenie belgijki na długiej przerwie wymagało przemyślanego przygotowania sali i sprzętu, które zajmowało trochę czasu, ale razem z Filipem i panem Mojsiukiem zawsze stawaliśmy na wysokości zadania!

Wspomnienia Krzysztofa Tomasiaka, absolwenta klasy o profilu technik ekonomista w Zespole Szkół Ekonomicznych w latach 2016-2020 i utalentowanego szkolnego sportowca

Moje cztery lata w „Ekonomiku” pomiędzy 2016 a 2020 rokiem (pod opieką najwspanialszej wychowawczyni Pani Ani Jachurskiej) ciężko spakować w jeden tekst… Ilość wspomnień, jakie mi nadal towarzyszą, jest po prostu za duża. Do dzisiaj, gdy się spotykamy z przyjaciółmi ze szkolnych lat, to ciężko nie wspomnieć o czasach, w których byliśmy uczniami tej szkoły. Szkoły z tradycjami, licznymi wyróżnieniami i nie bez powodu zaliczanej do jednej z najlepszych szkół średnich w Polsce. 

Od pierwszych minut uroczystości inauguracji roku szkolnego 2016/2017 w hali sportowej (jeszcze przy ulicy Partyzantów 24) poczułem jakąś więź między mną a tym budynkiem, nauczycielami i całą społecznością. Dzisiaj, kiedy piszę ten swego rodzaju wpis z pamiętnika, mam ochotę wrócić do tych pięknych czasów. Możesz wyjść z „Ekonomika”, ale „Ekonomik” z ciebie nigdy nie wyjdzie. 

Pamiętam dokładnie dzień, w którym ta „przygoda” się skończyła - jedenastego marca na skutek decyzji o zamknięciu szkół z powodu koronawirusa. Stało się to dość niespodziewanie, kiedy wyszliśmy z sali od polskiego po lekcji z Panią Marią Rój – Krupińską.  Wtedy nikomu z nas nie przeszło przez myśl, że to była nasza ostatnia godzina lekcyjna w tej szkole. Trzy i pół roku zniknęły dla nas w mgnieniu oka. To jest jedno z tych niewielu przykrych wspomnień, jakie mam z „Ekonomikiem”. Nasze zakończenie nie było takie, o jakim każdy z nas, uczniów oraz nauczycieli, w głębi serca marzył. Jednak mam ogromną nadzieję, że spotkamy się kiedyś na zjeździe absolwentów i odbijemy to sobie ;-) 

- Podstawy ekonomii -
Każdy z pierwszaków w moim roczniku aż drżał jak słyszał te dwa słowa. Wszyscy chyba będziemy wspominać (nawet naszym dzieciom) lekcje z Panią Julianną Majewską – Bedką. Przed gabinetem naprzeciwko „Bratniaka” codziennie było widać dziesiątki pierwszaków z nosami w zeszytach. Wiadomo wtedy było, z kim mają następną lekcje. Każda z nich zaczynała się odpytywaniem, a definicje trzeba było znać słowo w słowo. Tutaj nie było miejsca na błędy. Jednak patrząc na to z perspektywy czasu, teraz, gdy jestem studentem ekonomii, to muszę podziękować Pani Bedce za to, jaka była wobec nas wymagająca. Nie bez powodu na zajęciach cały czas korzystam ze swojego starego zeszytu od jej przedmiotu. 

- Analiza i ocena… -
I dane niezbędne do analizy, II dobór wskaźnika, III interpretacja, IV porównanie, V ocena. Nieodłączny element tej szkoły. Gdy widziało się gdzieś na korytarzu Panią Jachurskąm to od razu te 5 punktów przychodziło do głowy. Wałkowane i wpajane do głowy dzień w dzień, szczególnie gdy zbliżał się termin egzaminów zawodowych. Myślę, że jeszcze byłbym w stanie machnąć jakąś analizę, bo zdarzało się pisać takich nawet kilka dziennie.

- Berlin –
Tu w sumie ciężko cokolwiek napisać. To trzeba przeżyć. Praktyki w Berlinie to najlepszy wyjazd, jaki kiedykolwiek przeżyłem. Iza, Oliwia, Julia, Justyna, David, Kacper i Kacper. Z nimi przeżyłem te najlepsze (póki co) trzy tygodnie w życiu, bo myślę że mogę je tak nazwać. Zawsze, gdy mieliśmy wolny czas, staraliśmy się go wspólnie jak najbardziej aktywnie spędzać: czy to na zwiedzaniu Berlina czy wspólnych spacerach nad rzeką. Jednak, mimo wszystko, tego wolnego czasu nie było aż tak dużo. Z Izą pracowaliśmy w firmie oddalonej od naszego miejsca zamieszkania o jakieś czterdzieści kilometrów. Same dojazdy zajmowały nam około dwóch i pół godziny. W Berlinie doszlifowałem swoją umiejętność posługiwania się językiem niemieckim, ale przede wszystkim nauczyłem się wiele o sobie. Możliwość odbycia stażu w firmie państwa Winiarskich „tradeoffice24” pokazała mi drogę, którą chcę dążyć. Był to jeden z głównych bodźców, który pomógł mi wybrać kierunek studiów.

Można ten wyjazd uznać poniekąd za lekcję życia, ponieważ z dnia na dzień trafiłem do ogromnego miasta pod dach wcześniej nieznanych ludzi. Początkowo było to stresujące, jednak gdy przełamaliśmy z chłopakami barierę językową z naszą host-mamą – Tiną – wszystko stało się prostsze i mogliśmy cieszyć się z tej szansy, jaką był wyjazd. Pamiętam, że David chciał z niego zrezygnować, ale udało mi się go przekonać, żeby jednak pojechał. Chyba tego nie pożałował. Hugo.

- Etat -
Nie wiedziałem jak to inaczej określić. Razem z chłopakami ode mnie z klasy (Kamilem, Matim, Filipem, Olkiem i Davidem) często się śmialiśmy, że przy okazji nauki, pracujemy na etacie jako specjaliści ds. przenoszenia rzeczy wszelakich. Chyba nie było rzeczy, której w tej szkole nie przenieśliśmy. Zawsze, gdy był ktoś poszukiwany do pomocy, trafiało na nas. Nie ma co ukrywać, że sami też się zgłaszaliśmy jak nie chciało nam się siedzieć na jakichś lekcjach. Najgorsze w przenoszeniu były tablice, szczególnie z auli do biblioteki, ponieważ na Partyzantów nie mieściły się w przejściu obok pokoju pedagogów. Pamiętam, jak pierwszy raz poszliśmy na strych i mogliśmy podziwiać stare zdjęcia z kroniki „Ekonomika”.

- Przeprowadzka -
Za każdym razem, kiedy komuś się mówiło, że jest się uczniem „Ekonoma”, to wszyscy reagowali podobnie: „A to ta kamienica”. TA KAMIENICA miała swój urok, szczególnie wąski korytarz przy szafkach na parterze. Kilka razy w pośpiechu rzuciło się tam mięsem. Podobnie wieża w sąsiadującym budynku, na którą mówiliśmy Hogwart i sala na samej górze przechrzczona na „przedszkole”. Nazwa wzięła się od tego, że gdy mieliśmy tam pierwszą lekcję, cała sala była wypełniona pluszakami. 
Jednak gdy pod koniec maja 201 9r. wspólnie z większością kadry nauczycieli pakowaliśmy poszczególne sale lekcyjne, zrozumieliśmy, że to się dzieje naprawdę. Pod koniec mojego trzeciego roku szkoła świeciła już tylko ławkami i krzesłami. Wszystko było gotowe do przenosin. Pamiętam również, że byłem odpowiedzialny za przenoszenie biblioteki. Wraz z Panią Agatą Marzec natknęliśmy się na wiele pamiątek oraz notatek sprzed kilkudziesięciu lat, związanych zarówno ze szkołą, jak i z miastem.  

Przenosiny szkoły były wydarzeniem na skalę całego miasta. Mieliśmy nawet specjalnie zaplanowaną paradę ulicami Słupska, którą oficjalnie „przenieśliśmy” Ekonoma z Partyzantów na ulicę Sobieskiego.
Pierwsze miesiące były dla nas wszystkich ogromnym wyzwaniem. Brak prądu, gołe ściany, wystające ze ścian kable. Ten pierwszy czynnik był dla nas wyjątkowo dużym problemem, ponieważ zbliżał się egzamin zawodowy. Perspektywa pisania matury w takich warunkach też nie napawała nas optymizmem. Ekipa remontowa upodobała sobie godziny naszej matematyki na idealną porę do wiercenia. Z kolei na pierwsze lekcje WFu przychodziliśmy ubrani w bluzy i dresy, ponieważ nie działało ogrzewanie i wentylacja. No ale jak nie społeczność „Ekonoma”, to kto inny mógłby to przetrwać? Na pierwszą godzinę wychowawczą Pani Ania kazała nam przynieść młotki, śrubokręty i inne narzędzia, ponieważ musieliśmy doprowadzić do jakiegokolwiek stanu naszą salę. 

- Przystanek -
Razem z Werka (każdy wie, o kim piszę) przy okazji zapraszania nauczycieli na naszą studniówkę wyszliśmy z inicjatywą zmiany nazwy przystanku pod szkołą. Pomysł bardzo spodobał się Pani Dyrektor i dzięki nam nosi on nazwę „Sobieskiego - Ekonomik”. Nie spodziewaliśmy się, że to przejdzie, a jednak. 
Na pewno byłbym w stanie znaleźć jeszcze więcej wspaniałych związanych z „Ekonomem” wspomnień, takich jak: studniówka, liczne zawody sportowe czy historie z korytarzy na przerwach. Ciężko to wszystko spakować w jeden tekst. Tęsknie za tym niesamowicie i każdego dnia o tym myślę…