„Z belferskiej półki”

Od kilku tygodni snuje się naszymi szkolnymi korytarzami nowy historyk, który bacznie obserwuje rzeczywistość wokół siebie i próbuje znaleźć w niej dla siebie miejsce. Uśmiecha się – to już dużo. Najwyraźniej poczuł się już częścią naszej szkolnej rodziny. Czas poznać go nieco lepiej! W tym odcinku cyklu o swoich ulubionych książkach opowie pan profesor Marek Szczepański! Koniecznie sprawdźcie, co znajduje się na jego belferskiej półce!

Agata Marzec: Kto i kiedy sprawił, że zaczął się Pan interesować literaturą i sięgać po książki?

Marek Szczepański: No właśnie! Do książki musi ktoś zachęcić, coś dobrego podsunąć. Muszę przyznać, że w szkole podstawowej nie było u mnie z tym najlepiej. Bardziej lubiłem gry i zabawy z przyjaciółmi z podwórka i rodzeństwem w domu, niż książki. Często się zdarzało, że nie zdążyłem doczytać lektury zanim zaczęliśmy ją omawiać na lekcjach. Jakoś się to potem nadrabiało i oceny z polskiego nie były złe. Miłość do książek przyszła dzięki nauczycielowi fizyki (tak, fizyki!) na początku klasy pierwszej szkoły średniej. Był to człowiek wyjątkowy, którego się trochę baliśmy. Przed wojną był nauczycielem historii, ale po wojnie, za komuny, wolał uczyć fizyki niż historii w wydaniu komunistycznym. Dlatego na fizyce mieliśmy najlepsze prawdziwe lekcje historii. Pewnego razu Pan Profesor „nakazał” nam przeczytać „Ogniem i mieczem” i zastrzegł, że nas za dwa tygodnie z tej lektury przepyta ( nie była to lektura obowiązkowa, wręcz przeciwnie, władzy nie zależało żebyśmy za dużo wiedzieli o historii ziem Rzeczypospolitej, które wtedy należały do wielkiego Związku Radzieckiego). Zatem, by nie mieć problemów z „fizyką”, trzeba było szybko się wziąć do lektury. Już po kilku dniach bawiliśmy się z kumplami w Skrzetuskiego, Bohuna, Krzywonosa. Było to na długo przed ekranizacją tej powieści. To pan profesor nauczył mnie, że przyjemnie i pożytecznie jest czytać nie tylko to, co trzeba zaliczyć na lekcjach polskiego. Prawdziwą miłość do literatury zaszczepiał w nas także nauczyciel języka rosyjskiego, którego nazywaliśmy „Wania”. Przynosił nam na lekcje „tony” książek i mówił o ich wartościach, także w złotówkach (był bibliofilem, nigdy nie polecał „byle czego”). Można było od niego nawet coś kupić (książki mu się nie mieściły w jego niewielkim mieszkaniu). To od niego kupiłem m.in. „Starą baśń”, którą mam do dziś. W latach osiemdziesiątych XX w. w księgarni bez kolejki i zapisów można było tylko kupić dzieła Marksa i Lenina.

Agata Marzec: Jakie były pierwsze tytuły, przy których śmiał się Pan i płakał?
Marek Szczepański: Jeśli idzie o śmiech, to przede wszystkim „Trzech panów w łódce, nie licząc psa”. Równie dobrze można się uśmiać, niemal przy każdej stronie, czytając „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. A płacz? Wypadałoby powiedzieć „chłopaki nie płaczą”, ale pokażcie mi takiego twardziela, który nie wycierałby łez przy lekturze „Nędzników”. Nie ma mocnych!

 

Agata Marzec: Czy miłość do książek szła u Pana w parze z czytaniem lektur szkolnych?

Marek Szczepański: Na to pytanie chyba częściowo odpowiedziałem wcześniej. Lektury szkolne (przynajmniej wiele z nich) wcale nie były złe, a niektóre nawet doskonałe. Czasami, jak już powiedziałem, nie zdążyłem ich dokończyć przed rozpoczęciem omawiania na lekcjach, może dlatego, że nie było wtedy kursów szybkiego czytania. Zazdroszczę wszystkim, którzy taką umiejętność posiadają. Ja musiałem dokańczać lektury przed sprawdzianem. Moje najprzyjemniejsze, najciekawsze, najgenialniejsze lektury to: „Chłopi”, „Lalka”, „Pan Tadeusz”. Czytając „Pana Tadeusza” w siódmej czy ósmej klasie podstawówki myślałem sobie: Jaki fajny byłby z tego film. Doczekałem się. Pamiętam też jak mieliśmy w liceum przeczytać „Dziady cz. III”. W bibliotece było za mało egzemplarzy i wpadliśmy na pomysł z kolegą, że znajdziemy gdzieś w internacie ciche miejsce na strychu i na zmianę będziemy czytać na głos. Zdążyliśmy na czas z przeczytaniem, ale żeby zrozumieć tę lekturę, trzeba było na lekcjach jeszcze raz przeczytać niektóre fragmenty pod kierunkiem naszej wspaniałej polonistki. Najlepsze wypracowanie w szkole średniej, jakie napisałem, to było właśnie o młodzieży z „Dziadów” Mickiewicza. Pani profesor poprosiła mnie bym przeczytał je na głos. Gdy skończyłem czytać klasa wciąż była cicho i dalej chciała słuchać.


Agata Marzec: Które książki najbardziej wpłynęły na Pana myślenie o świecie i ludziach?

Marek Szczepański: Z pewnością Biblia, bo to filar naszej cywilizacji, mojego światopoglądu. Z przekazem biblijnym mam do czynienia od najmłodszych lat. Przez opowieści mamy, lekcje religiii, nabożeństwa, a później samodzielną lekturę. Ta Księga wpływa na nas. Mam tu na myśli nasze postępowanie, tradycje, święta itp., niezależnie od tego czy jesteśmy wierzący, czy niewierzący. Wielki wpływ na moje myślenie wywarła praca angielskiego historyka Paula Johnsona „Historia świata od 1917 r. do lat 90-ych”. Jest to książka najbardziej sczytana na mojej półce z mnóstwem własnych zakreśleń, zakładek, rozklejona na trzy części. Lubiłem ją zabierać na lekcje historii i cytować fragmenty uczniom. Do Napoleona przekonał mnie Waldemar Łysiak takimi książkami jak „Cesarski poker”, „Szuańska ballada” czy „Szachista”.

 

Agata Marzec: Jak Pan myśli, dlaczego uczniowie coraz mniej chętnie sięgają dziś po książki. Przecież na rynku wydawniczym nie brakuje dobrych tytułów…

Marek Szczepański: Nie wiem. Może potrzebny jest ktoś, kto podsunie jakąś dobrą książkę. Musi to być jakiś autorytet dla młodego człowieka. Zatem może wina nie leży w młodych ludziach, tylko w nas dorosłych?

 

Agata Marzec: No dobrze, to teraz pytanie konkretne i wymagające pojedynczej odpowiedzi: Jaka jest Pana książka życia i dlaczego nie da się o niej zapomnieć?

Marek Szczepański: Powtórzę: Paul Johnson „Historia świata…” Dlatego, że po raz pierwszy ktoś napisał dzieje XX wieku ściśle i tak doskonale wiążąc wydarzenia z filozofią i ideologiami.

 

Agata Marzec: Po jaką tematykę sięga Pan najczęściej?

Marek Szczepański: Historia, polityka, ideologie.

 

Agata Marzec: Jakie jest najmądrzejsze zdanie/przesłanie życiowe znalezione w książkach przez Pana przeczytanych?

Marek Szczepański: Nie chciałbym tutaj filozofować i szukać w myślach wzniosłego cytatu. Przytoczę tylko jedno zdanie z „Dobrego wojaka Szwejka”. Szwejk zacytował jednego z wcześniej poznanych oficerów mniej więcej w ten sposób: „Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było, jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Oprócz tego, że jest to zdanie dowcipnie skonstruowane, to zawiera, moim zdaniem, kwintesencję stoicyzmu. Nie martwmy się zanadto wszystkim co nas czeka, albo co dotyka. Życie jest zbyt piękne by się bez przerwy stresować tym, że nie jesteśmy doskonali.

 

Agata Marzec: Jaką książkę i dlaczego podarowałby Pan najbliższej osobie w prezencie?

Marek Szczepański: No nie! Najbliższej osobie, to ja wręczałem kiedyś wiersze własnoręcznie napisane. Teraz z tą najbliższą osobą wspólnie kupujemy książki do wspólnego księgozbioru. Moja najbliższa osoba, czyli żona, tak jak ja, jest nauczycielem historii. Czyli to co moje to jej i vice versa.

 

Agata Marzec: Czy „Potop” można przeczytać w całości i bez zaśnięcia?

Marek Szczepański: Zależy od kondycji czytającego. Ja dzisiaj już bym nie dał rady.

 


Rozmawiała: Agata MARZEC