„Z belferskiej półki”

Co czyta pan Mikołaj i w jakim języku?
Jest z nami od niedawna, ale natychmiast wzięliśmy go na spytki! Ponieważ lubimy wiedzieć, co w trawie naszych nauczycieli piszczy, zaglądamy na jego półkę z książkami. Jesteście ciekawi, co na niej znajdujemy? Pan Mikołaj odkryje przed Wami pierwsze tajemnice! Za chwilę dowiecie się, czy słowniki do nauki języka angielskiego to jedyne arcydzieła, jakie nasz anglista trzymał w dłoniach!

 

Agata Marzec: Kto i kiedy sprawił, że zaczął się Pan interesować literaturą i sięgać po książki?

Mikołaj Żytkiewicz: Cóż, na to pytanie jest wiele odpowiedzi. W rodzinie mam wielu nauczycieli oraz niespełnionych muzyków – jestem więc połączeniem tych cech. W domu rodzinnym zawsze leżały jakieś książki napisane w różnych językach. Tata bardzo lubił czytać Fredericka Forsythe’a, Roberta Ludluma i Toma Clancy’ego – czyli różnorakie thrillery anglojęzyczne. Z kolei mama jest nauczycielką fizyki i techniki – po raz pierwszy książkę o fizyce i astronomii chwyciłem w wieku lat 7-8! Bardzo spodobały mi się… obrazki:). Moja miłość do pozycji książkowych związanych z fizyką i innymi przedmiotami ścisłymi pozostała do dzisiaj, mimo tego, że już się tym nie zajmuję. Pierwszą książką, którą przeczytałem samodzielnie w całości (z wielkimi bólami), był „Kubuś Puchatek” po angielsku z tłumaczeniem na język polski (z tego co pamiętam, to tekst angielski był na stronach parzystych, a polski na nieparzystych). Sięgam daleko w pamięć i CHYBA było to w ostatniej ‘grupie’ przedszkolnej, czyli jak miałem 6 lat. Jeszcze jedna rzecz! Pamiętam, że moi dziadkowie prenumerowali Reader’s Digest przez wiele lat. Co roku, gdy ich odwiedzałem, to znikałem na całe godziny i wręcz ‘pożerałem’ kolejne i kolejne artykuły opisujące życie w Ameryce. Najbardziej w pamięć zapadł mi numer z października roku 2001. Cały numer poświęcony był atakom, jakie miały miejsce w Nowym Jorku, czyli 9/11. Podsumowując – gdy byłem młodszy, miałem więcej czasu na czytanie. Potrafiłem nie spać całą noc i z latarką pod kołdrą czytać „Tożsamość Bourne’a” w podstawówce, a następnie spać przez pierwsze 4 lekcje na ławce - haha.

Agata Marzec: Jakie były pierwsze tytuły, przy których śmiał się Pan i płakał?

Mikołaj Żytkiewicz: Szczerze mówiąc, nigdy nie płakałem ani się nie śmiałem przy czytaniu. O wiele bardziej emocjonalnie podchodzę do filmów czy muzyki. Z kolei na filmie płakałem tylko raz, i NIE, nie był to Król Lew (haha). Było to w 2003 roku na filmie „Matrix: Rewolucje”, w ostatniej scenie. Do dzisiaj nie mogę się powstrzymać, jak oglądam ten film (wiem, dziwne, nawet bardzo). Jeśli chodzi o muzykę, to można ją częściowo zaliczyć do czytania – chodzi o tekst jednej z moich ulubionych piosenek o wielorybach (a jakże inaczej) francuskiego zespołu Gojira. Ale ale, przecież chłopaki nie płaczą, prawda? Haha.

Agata Marzec: Czy miłość do książek szła u Pana w parze z czytaniem lektur szkolnych?

Mikołaj Żytkiewicz: Absolutnie nie! Przyznam się bez bicia, że podczas mojej nauki szkolnej nie przeczytałem - nawet w połowie - żadnej lektury. Nawet „Psa, który jeździł koleją”. Nawet podczas prezentacji maturalnej uszło mi to płazem – o ile dobrze pamiętam, opowiadałem na temat nawiązań do II Wojny Światowej w kulturze i sztuce. Zupełnie inaczej sprawa wyglądała na studiach – pochłonąłem wiele wspaniałych pozycji z gatunku literatury amerykańskiej czy brytyjskiej, niezliczoną ilość artykułów naukowych i scenariuszy filmowych. Proszę mi wybaczyć to, co teraz powiem, ale nie widzę żadnego sensu w czytaniu „Krzyżaków” czy innych „Chłopów”. Osobiście nie lubię czytać w rodzimym języku (z malutkimi malusieńkimi wyjątkami pokroju Stanisława Lema) i chyba nic tego nie zmieni. Z drugiej strony, już w gimnazjum uwielbiałem czytać słowniki. Oczywiście, jak każdy początkujący pochłaniacz słowników, zaczynałem od polsko- angielskich. Potem odkryłem najwspanialszą rzecz na świecie, czyli słowniki angielsko-angielskie. Nie wyobrażam sobie dnia bez choćby zerknięcia do słownika angielsko-angielskiego. Nie, żeby się pouczyć, tylko dla przyjemności czytania pięknie złożonych zdań czy definicji.

Agata Marzec: Które książki najbardziej wpłynęły na Pana myślenie o świecie i ludziach?

Mikołaj Żytkiewicz: Może najpierw wymienię parę moich ulubionych tytułów. „Moby Dick” (Herman Melville), „Nowy Wspaniały Świat” (Aldous Huxley), „Carrie” (Steven King), wszelkie opowiadania Nathaniela Hawthorne’a (wspaniały autor!), oraz chyba moja ulubiona książka – „Psy Wojny” Fredericka Forsytha. Tę ostatnią przeczytałem tak wiele razy w bardzo rzadkim przekładzie z lat 80-tych, że nie mam serca wracać do niej w nowej wersji, przełożonej przez innego tłumacza niż oryginalnego (pewnie bym za bardzo się czepiał niuansów haha). Jeśli chodzi o wpływ książek na moje postrzeganie świata… preferuję krótkie opowiadania i opowieści, gdyż tych przeczytałem zdecydowanie więcej. Więc – jeśli możemy lekko zmienić reguły zadanego pytania – na pewno będą to The Birthmark i Rappacinni’s Daughter Nathaniela Hawthorne’a. Podczas czytania numeru pierwszego człowiek jest w stanie uświadomić sobie, że nie możemy sobie pozwolić, by drobnostka zaprzepaściła nam to, co jest nam dane. Nie można użalać się nad głupotami życia codziennego, bo za 5-10 lat, czy nawet za miesiąc! nie będziemy o nich pamiętać. Ot, strata czasu. Jeśli chodzi o drugą pozycję, to po prostu była to moja pierwsza w pełni zrozumiana i omówiona ‘lektura’ na studiach. Dzięki niej ‘wszedłem’ w ten temat głębiej i tak już zostało.

Agata Marzec: Jak Pan myśli, dlaczego uczniowie coraz mniej chętnie sięgają dziś po książki. Przecież na rynku wydawniczym nie brakuje dobrych tytułów…

Mikołaj Żytkiewicz: Odpowiedź juest dla mnie prosta – postęp technologiczny. W tych czasach praktycznie każdy ma smartfona z dostępem do Internetu. Młodzież o wiele bardziej woli przeczytać post na facebooku albo krótki artykuł w Internecie niż złapać za książkę i pochłonąć się w lekturze. Z drugiej strony - nie dziwię się – z tego, co zauważyłem, to większość uczniów naszej szkoły jest dojeżdżająca i/lub chodzi na zajęcia dodatkowe – bardzo dużo czasu spędza w podróży z i do szkoły, w większości autobusem – w takich warunkach ciężko skupić się na czytaniu książki i rozumieniu tekstu czytanego; czas mija szybciej na ‘scrollowaniu’ instagrama czy facebooka. Myślę, że jakby ‘lekko’ zmodyfikować program lektur w szkołach, to sytuacja uległaby zmianie. Ale to tylko takie wishful thinking.

Agata Marzec: No dobrze, to teraz pytanie konkretne i wymagające pojedynczej odpowiedzi: Jaka jest Pana książka życia i dlaczego nie da się o niej zapomnieć?

Mikołaj Żytkiewicz: „1984”! Kiedyś fikcja budząca śmiech, dzisiaj rzeczywistość. Szara rzeczywistość. Niestety (albo i stety), mimo młodego wieku, mentalnie jestem na przełomie lat 80 i 90-tych. Nie trawię nowej literatury, sztuki czy filmów. Ale „1984” na zawsze zostanie w moim sercu (albo mózgu).

Agata Marzec: Po jaką tematykę sięga Pan najczęściej?

Mikołaj Żytkiewicz: Jeżeli czytam coś innego niż artykuły, słowniki czy kompendia naukowe, to jest to głównie science-fiction amerykańskie lub powieści antyutopijne, mam słabość do czytania o ludzkości, która umiera i nic nie może z tym zrobić.

Agata Marzec: Jakie jest najmądrzejsze zdanie/przesłanie życiowe znalezione w książkach przez Pana przeczytanych?

Mikołaj Żytkiewicz: Czy najmądrzejsze… może takie, jakie najbardziej mnie ‘chwyciło’. Not one would mind, neither bird nor tree, if mankind perished utterly. Jest to fragment poematu „There Will Come Soft Rains” Sary Teasdale z 1920 roku, który czytaliśmy na zajęciach z literatury amerykańskiej. Traktuje on o skutkach wojny nuklearnej, która w niedługim czasie zniszczy ludzkość. Bardzo proste, lecz dosadne i przerażające.

Agata Marzec: Jaką książkę i dlaczego podarowałaby Pan najbliższej osobie w prezencie?

Mikołaj Żytkiewicz: Z racji tego, że moja najbliższa osoba również uczy języka angielskiego, najpewniej podarowałbym jej jakieś rzadkie wydanie dobrego słownika j. angielskiego, kolejną książkę Stevena Kinga lub biografię ulubionego zespołu.

Agata Marzec: Jest Pan szczęściarzem, mogąc czytać Szekspira w oryginale. Rzeczywiście był on tak uzdolnionym pisarzem?

Mikołaj Żytkiewicz: To bardzo ciekawe pytanie. Moim zdaniem Szekspir jest bardzo przereklamowany. To pierwszy autor, który przychodzi wszystkim do głowy, gdy pyta się ich o brytyjską literaturę. Ten, albo J. K. Rowling (ah, ta różnica pokoleniowa). Oczywiście, jego dzieła są ponadczasowe i wciąż potrafią zaskoczyć, jednak mam swoją teorię, która znajduje swoje potwierdzenie również u światowej sławy historyków – bardzo możliwym jest fakt, że Pan William Sz. nie napisał dzieł, które się mu przypisuje. Za mało wiadomo o jego życiu, by móc to potwierdzić. Ale zanim znowu zacznę się rozwodzić na temat historii, powiem po prostu, że Szekspir to nie tylko „Hamlet” czy „Makbet”. Bardzo polecam wszystkim zainteresowanym sztukę „The Tempest”. Według mnie – jest to najlepsza pozycja Szekspira, bo dzieje się na morzu (haha).

Rozmawiała: Agata MARZEC